Jacaszek – „Kwiaty”

Artykuły

Blisko dekada - tyle czasu minęło od ukazania się albumu „Treny” autorstwa Michała Jacaszka. Albumu bardzo ważnego dla polskiego artysty jak i całej rodzimej sceny ambientowej. Albumu, dzięki któremu na głos mówiło się o porównaniach nawet do Maxa Richtera. Teraz, dziewięć lat później Jacaszek przystąpił do realizacji kolejnego podobnego projektu, tym razem inspirację stanowiła brytyjska poezja metafizyczna, cofamy się zatem do XVII wieku i dzieł Roberta Herricka.

 

„Kwiaty”, bo tak nazywa się rzeczona produkcja, szczególnie dla fanów autora zaznacza swoją odmienność. Tym razem możemy mówić prawie o piosenkach, bogatych melodyjnie, regularnych a jednak niepozbawionych wyraźnej nostalgii i charakteru, czym zawsze wyróżniał się Polak. W osiągnięciu wyżej wymienionego pomaga spora (jak na Jacaszka) rola wokalistek, którymi przewodzi Hania Malarowska. Współpraca z Hanią okazała się być genialnym krokiem - oniryczne melodie wzbogacone nierzadko, lecz subtelnie przesterowanymi wokalami wywołują ciarki na całym ciele; jak nic innego pobudzają wyobraźnię i wprowadzają często w kontemplacyjny nastrój.

 

Pomimo jasno i ściśle określonej inspiracji, album jest dość różnorodny, zaczynamy głębokim i gęstym „Flowers” i „To Perenna”, gdzie delikatny wokal odchodzi na drugi plan, a twórczość silnie kojarzy nam się z wcześniejszymi „Trenami” i neoklasycyzmem, później trafiamy na bardzo przystępne i melodyjne „Daffodils” oraz przypominające rytmem leniwy walczyk - „To Violets”. Relacja między różnymi typami utworów jest bardzo płynna, dzięki czemu 11 nagrań tworzy spójną całość oraz absolutnie nie nudzi. 

 

Na szczególną uwagę zasługuje moim zdaniem liryczne i ciepłe „The Blossoms” które kojarzy się z ciepłem a zarazem niebezpieczną naiwnością bajek dla dzieci - naprawdę wyjątkowe połączenie. Pomimo nowości, Jacaszek nie zapomniał skąd się wywodzi, dzięki czemu w „Kwiatach” doszukamy się typowych dla artysty loopów, mglistych sampli w których raz po raz rozpoznajemy przytłumioną gitarę, fortepian, czy instrumenty smyczkowe. To wszystko z wielkim wyczuciem przyprawione konsekwentnie elektroniką, która pomimo malkontenctwa autora, nie jest kulą u nogi.

 

Michał doskonale zna wartość dźwięków, ważąc je, manipulując nimi - tworzy formy, które natychmiast wypełniamy. To wrażenie, że słuchamy czegoś personalnego i przesiąkniętego nieodkrytym zamysłem uważam za największą siłę produkcji i popis unikalnego talentu. To prawdziwie piękny pejzaż namalowany - jak to zwykł mówić sam autor „muzycznym językiem od którego nie jest w stanie uciec”.

 

Autor:

Bartek Janisz