Mount Eerie – „A Crow Looked At Me”

Artykuły

Nieczęsto nie wiem co powiedzieć. Na ogół słowa wypływają z moich ust niczym z automatu - zwłaszcza wtedy, gdy przychodzi mi mówić o muzyce, ludzkich emocjach czy inspiracjach bądź autorytetach. W dniu premiery albumu Phila Elveruma / Mount Eerie / pierwszy raz od dawna autentycznie zaniemówiłam. Zatem nie bez powodu zwlekałam z napisaniem o jego płycie aż miesiąc. Płyta ta niespodziewanie sprowokowała umysł do wielkich refleksji, zaś emocje uwięziła w klatce, gdzie duszą się pod wpływem smutku.

 

Nieopisanie ogromny żal ogarnął mnie tuż po przesłuchaniu „A Crow Looked At Me”, odważę się dodać - dźwiękowym pomniku żony Phila, która to po długiej batalii z chorobą - zmarła na raka trzustki. Cóż można rzec w obliczu ludzkiej tragedii. Tylko nieliczni zdobywają się na odwagę, by przemówić. Inni zaś z bezradności załamują ręce ograniczając swój zasób słów do „współczuję” lub w całości rezygnując z prawa głosu.

 

Phil Elverum należy do grupy osób, która mimo cierpienia decyduje się przemówić. I choć robi to w tragicznych okolicznościach - czując niezmierną pustkę po odejściu jego najbliższej osoby, z którą tak naprawdę był jednością - ucieka się do muzyki i w ten sposób - za pomocą dźwięków - walczy ze stratą i potężnym smutkiem równie dzielnie jak Geneviève Castrée z chorobą.

Rozbudowana apostrofa skierowana do zmarłej małżonki przybiera formę nieartykułowanego lamentu wypalanego maleńką iskierką ufności, że dobre czasy prędzej czy później nastąpić muszą. Podziwiam Elveruma za tę jego wewnętrzną siłę i nadzieję odważnie kiełkującą w nim nadzieję na lepszy czas.

 

Płyta prócz swej głębokiej treści, przesiąkniętej nieco metaforami, jak w np. "Crow", gdzie żona przyjmuje postać tytułowej wrony - urzeka czystym, przejmującym pięknem i niezmierną prostotą; wiodący motyw dźwięków akustycznej gitary jest niemal przezroczysty, a dodatkowo podszyty przepełnionym skrajnymi emocjami głosem powoduje, że słuchacz maksymalnie skupiony na treści i melodie misternie utkane emocjami - konsekwentnie wsiąkają w siebie nawzajem.

 

Mount Eerie pozwolił nam wkroczyć do jego intymnego świata pogrążonego w żałobie i dostrzegalnym braku żony, o czym mówi chociażby w "Swims"- zdobył się na odwagę, by rzewnie zaśpiewać „Death is real” w odniesieniu do swego doświadczenia. Zanadto stworzył jedno z najbardziej poruszających, muzycznych dzieł, pod którego osłoną kryje się i Ona, i śmierć, i każdy człowiek, który czasem nie jest w stanie uchronić się przed nieszczęściem i ciężkimi przeżyciami - sprawia, że pod płynącym z płyty przesłaniem każdy z nas może się podpisać, czego nikomu nie życzę.

 

Autor:

Karolina Kobielusz