Ropień – “Początek końca świata”

Artykuły

Jest tak: część z moich znajomych zajmuje się muzyką. Większość z nich ma ambicje nagrania płyty. Po pracy w biurach i zakładach dłubią coś w koszarach, czy innych piwnicach. Na ogół nic z tego nie wynika. Są jednak pośród nich tacy, nieliczni, którzy faktycznie chcą coś doprowadzić do końca. Tak ma się sprawa z zespołem Ropień. Nie słuchałem zbyt wiele metalu w tym roku, bo mi się po prostu tej miłej acz prostackiej muzyki nie chce słuchać.  W przypadku "Początku końca świata" dałem się porwać.

 

To zresztą bez znaczenia w tej chwili, że to kumple. Chodzi przecież o muzykę - a kumple umieją grać. I wiedzą, co chcą grać. Wyciągają przed tobą z błota coś na rodzaj Frankensteina, taki twór uszyty z punka i metalu i mówią: to my ci teraz powiemy, jak to jest w tym życiu. Na szczęście mają poczucie humoru. Za każdym razem, kiedy słyszę wersy z pierwszego numeru: "Czarna magia, prostytucja / Na cmentarzach nekrofilia i korupcja" wybucham gromkim śmiechem. Koniec końców, Frankenstein bywał śmieszny. No dobra, trochę przesadziłem z tym błotem. Płyta brzmi czysto, wszystko słychać. Chwilami można odnieść wrażenie, że aż za czysto.

 

Jedno jest pewne: Ropień się nie szczypie, czyli nie ślamazarzy się. Od początku wali pewnie do przodu i rzadko zwalnia tempo. A kiedy zwolni? Och, ludzie, posłuchajcie chociażby takiej "Wiosny", jednego z najbardziej poruszających numerów, jakie słyszałem w tym roku. Gdy słuchałem o pierwszej nocy, kiedy dostałem płytę, przewijałem go i pytałem siebie: "To jest o kiepskiej wiośnie? A może to o rozstaniu? A może w sumie o samobójstwie?". A następnego dnia szedłem ulicą, był smutny, zimny maj, miałem to na słuchawkach i złapałem myśl: "Ej, Jacek, a może to jest o tym wszystkim naraz?" Teksty są świetnie napisane na tej płycie.

 

Ale są też i wady. Takie np. "Gdzie Diabeł" zwyczajnie tutaj nie pasuje. Po co tu taka łupanina? Najgorzej jest z "Mewami". Wybaczcie, chłopaki, ale mogliście to sobie darować. Gościnnych wokali też mogłoby nie być.  Ale… w sumie, który debiut nie ma wad? Podoba mi się, jak Ropień łączy ze sobą stylistyki, które, na pierwszy rzut ucha, wydają się w ogóle do siebie nie przystawać. W tym punk metalu jest więcej niż mogłoby się wydawać. Od Klausa Mittfocha, przez "Nową Aleksandrię", na Abscess i Celtic Frost skończywszy.

 

Słucham "Początku końca świata" od paru dni i to, co podoba mi się w niej najbardziej, to że za każdym razem słucha się jej inaczej. Ropień gra proste piosenki, ale nigdy nie jest przy tym oczywisty. A jak na debiut to już dużo.

Autor:

Jacek Szafranowicz