Relacja — Open Source Art Festival

Relacje
Owładnięty jesienią Sopot po raz kolejny zachęcił nas do wizyty za sprawą Open Source Art Festival. Znaczna część koncertów odbyła się w Państwowej Galerii Sztuki, część klubowa została w tym roku zorganizowana w pobliskim klubie Sfinx 700. Przestrzeń festiwalowa nie uległa właściwie żadnej zmianie względem poprzedniego roku. Na słuchaczy i słuchaczki nadal czekały leżaki, które zapewniały komfort słuchania, zaś dzięki nagłośnieniu Funktion One nie trzeba było  martwić się o jakość dźwięku. Choć trzeba wspomnieć, że momentami dawało o sobie znać samo pomieszczenie w Państwowej Galerii Sztuki, a dokładniej parkiet, który rezonował przy niskich częstotliwościach wpływając lekko na odbiór muzyki. Nie psuło to jednak nazbyt wrażeń podczas odsłuchu. Zapraszamy do relacji autorstwa Bartosza Janisza i Patryka Wojciechowskiego!



Silvia Kastel


 

Reprezentantka wytwórni Blackest Ever Black przedstawiła ciekawy kolaż dźwięków połączony z wizualizacjami, które luźno korespondowały z muzyką. Momentami widać było, że ich zadaniem jest odzwierciedlenie prezentowanych rytmów i dźwięków, co tworzyło dość ciekawy efekt. Niestety brak linearności i momenty przejść między utworami trochę psuły efekt i nie pozwalały totalnie zanurzyć się w kreowanym przez artystkę świecie. Moją uwagę przykuł szczególnie sposób w jaki Silvia Kastel wykorzystywała w swoim występie niskie częstotliwości. Dźwięk stopy był bardzo zniuansowany i składał się z wielu warstw, dzięki czemu tworzył idealne dopełnienie dla dźwięków osadzonych na wyższych częstotliwościach. Niestety, Silvia Kastel borykała się z pewnymi problemami technicznymi i przez większość występu słychać było nieprzejemny przester, który towarzyszył każdemu uderzeniu stopy. W pewnym momencie artystka wyraźnie poirytowana tym faktem i zmęczona wysyłaniem sygnałów do dźwiękowca, uporała się z problemem sama, ale stało się to dopiero pod koniec jej występu. 

 

Valerio Tricoli

 

Valerio Tricoli był jedną z postaci wobec której miałem bardzo wysokie oczekiwania. OSA Festival przyzwyczaił nas do ściągania artystów, którzy eksplorują niezwykle intrygujące zakątki elektronicznej muzyki eksperymentalnej nie stroniąc przy tym od rozwiązań bardzo odważnych i niezbyt często spotykanych. Tym bardziej cieszy mnie, że Valerio Tricoli stanął na wysokości zadania i spełnił tę rolę zapewniając nam solidną dawkę wysublimowanych dźwięków. Włoch miał już okazję odwiedzić w tym roku Polskę w ramach Sanatorium Dźwięku, gdzie również okazał się być jednym z najjaśniejszych punktów festiwalu o czym w swojej relacji dla Dwutygodnika wspomina Jan Topolski. Ci, którzy przegapili obie okazje nadal mają szansę usłyszeć Tricoliego na krakowskim Unsoundzie, więc proszę się nie martwić. Wracając do samego występu, w pewnym momencie na sali zapanowała względna ciemność zakłócana jedynie przez niewielką lampkę umiejscowioną przy instrumentach i podświetlane tabliczki informujące o wyjściach ewakuacyjnych. Sekundę później, zza swoich sprzętów, przemówił do nas Tricoli zdradzając, że jego występ składał się będzie z dwóch części: z czego pierwsza będzie improwizacją, a druga odtworzeniem utworu Bohdana Mazurka – słynnego polskiego kompozytora i realizatora dźwięku, który zmarł w 2014 roku. Jednak to właśnie pierwsza część oparta na improwizacji zrobiła na mnie największe wrażenie. Valerio Tricoli przedstawił nam całe spektrum niezwykle ciekawych dźwięków, które w połączeniem z jego energicznym manipulowaniem taśmami pełniącymi rolę instrumentu, robiły niesamowite wrażenie. Właśnie ta manipulacja i aktywność artysty sprawiały, że dźwięk stawał się jeszcze bardziej fizyczny i namacalny. Dzięki temu improwizacja zyskiwała na dramaturgi i nawet w momentach, kiedy artysta nie oferował wyraźnych motywów i rytmów, słuchacze pozostawali skupieni, wsłuchani i wpatrzeni w to, co działo się na scenie. Same dźwięki bardzo ciężko opisać słowami, były to różnego rodzaju glitchowe trzaski, świszczące, elektryzujące wręcz hi-haty i okazjonalne loopy ze stopą puszczane z CDJa, które pełniły rolę kotwicy i pomagały wprowadzić pewien element powtarzalności i stałego rytmu. Pozostaje jednak cała paleta dźwięków, które nie dają się ubrać w słowa dlatego jeśli macie okazję, nie przegapcie jej i dajcie sobie szansę na odkrycie tego, co oferuje Tricoli w wersji live.

 

Lee Gamble 

 

Koncert Brytyjczyka odbywał się na scenie kubu Sfinks700, miejsca o dosyć określonej reputacji. Występ Lee Gamble określony był jako after dla całego wydarzenia, jednak jeśli kogoś celem było potańczenie do prostego rytmu, to zawód murowany, ponieważ pierwszego dnia festiwalu dostaliśmy pokaz wolnej ekspresji. Surowe, twarde, agresywne uderzenia połamanych beatów wymagały skupienia a dronowe brzmienie tła stanowiło wyzwanie, które w razie przyjęcia, odpłacało się z nawiązką.

 

Croatian Amor 

 

Występ Loka Rehbeka pod postacią Croatian Amor to spore wydarzenie. Na skali OSA prawdopodobnie największe, jednak nawet wygórowane oczekiwania jak się okazuje można sprostać. Głowa Posh Isolation to mistrz kreowania napięcia dzięki wyjątkowej wrażliwości. Rozbudowane, fascynujące intra rozwijane z wielką mocą w prawie bezczelnie ckliwy i nieco wyniosły sposób, to wręcz sygnatura Posh Isolation, jednak w połączeniu z udanym użyciem gry świateł i testującymi cierpliwość ale niezwykle oryginalnymi, samostanowiącymi wizualizacjami - to zupełnie inny wymiar.

 

Dasha Rush

 

Zamknięcie festiwalu zostało powierzone weterance sceny elektronicznej, która nie boi się eksperymentów z różnego rodzaju projektami. Jej niedzielny występ był performansem interdyscyplinarnym, na który składało się wykorzystanie muzyki, tańca, melorecytacji i wizualizacji generatywnych. Trzeba przyznać, że całość robiła naprawdę ogromne wrażenie. Występ od samego początku do końca przykuwał moją uwagę. Mnogość właściwie wygenerowanych bodźców nie pozwalała na momenty rozkojarzenia, co osobiście bardzo sobie cenię. Choć muzycznie występ nie był szczególnie zaskakujący i odkrywczy, to trzeba zaznaczyć, że rozkładanie go na czynniki pierwsze w taki właśnie sposób jest pozbawione sensu. Każdy element odgrywał bowiem określoną rolę i miał za zadanie wzmocnić wydźwięk całości, a całość broniła się zarówno pod względem formy jak i treści. W pewnym momencie mieliśmy okazję obserwować tancerza(Valentin Tszin), którego ruchy były przenoszone i odpowiednio wpasowywane w czasie rzeczywistym w kontekst wizualizacji wyświetlanych na ekranie znajdującym się nad nim. Pozornie proste rozwiązanie, tworzyło bardzo przekonujący efekt, który świetnie korespondował z założeniem performansu mówiącym o idei przeżywania dzieła tu i teraz. Z jednej strony można było skupić się na ruchach tancerza "na żywo", z drugiej jednak to wizualizacje przedstawiały szerszy i pełniejszy kontekst przedstawianej historii. Gromkie brawa i owacja na stojąco potwierdziły, że publiczność również była pod sporym wrażeniem występu. W ten sposób Open Source Art Festival zaliczył kolejne świetne zamknięcie festiwalu, za które po raz kolejny odpowiedzialna była kobieta – rok temu to Caterina Barbieri oczarowała festiwaliczki/ów swoim pełnym emocji występem. Tym samym organizatorzy i organizatorki festiwalu świetnie wpisują się w toczącą się od dłuższego czasu debatę traktującą o parytecie na elektronicznej scenie i robią to w najlepszy możliwy sposób – zamiast deklaracji i sprytnego budowania wizerunek w mediach lub, w gorszym wypadku, szukaniu wymówek na brak kobiet w festiwalowych lineupach, ściągają świetne artystki udowadniając, że argument "nie ma kobiet tworzących muzykę, jakiej poszukujemy" świadczy jedynie o braku chęci i wiedzy organizatorów. Brawo i oby tak dalej. 
Autorzy:

Bartek Janisz,
Patryk Wojciechowski