Relacja pomiędzy tym, co klasyczne a tym, co cyfrowe.

Artykuły
Relacja pomiędzy tym, co klasyczne a tym, co cyfrowe to już nie futuryzm, a zjawisko, które jak można zauważyć — płynnie przechodzi do dziennego pożytku dając odbiorcom coraz to nowsze,   rewolucyjne pomysły i rozwiązania, które wzbudzają wszechobecne, niesłabnące zainteresowanie.

 

Relacja ta swój początek ma przede wszystkim w połowie XX wieku - w erze rozwijającej się technologii, a w związku z czym - narodzin muzyki elektronicznej. To właśnie wtedy w kuluarach wyższych uczelni eksperymentowano z dźwiękiem na przeróżne sposoby m.in. manipulując taśmami, sprawdzając możliwości magnetofonu czy nagrywając i włączając odgłosy środowiska w strukturę artefaktu muzycznego. To również wtedy pionierka tychże eksperymentów, a przy tym wirtuozka akordeonu, skrzypiec, waltorni i fortepianu - Pauline Oliveros zebrała swoje doświadczenia i stworzyła Expanded Instrument System, który polegał na podpięciu klasycznego instrumentu do pierwszych kontrolerów MIDI oraz efektów o zmiennej częstotliwości zgrupowanych na ośmiu lub więcej kanałach. Otrzymywaliśmy więc od Amerykanki spektrum analogowej elektroniki,  delayowych taśm czy dronów generowanych przez naturalnie nastrojony i często przesterowany akordeon. Dodatkowo, Oliveros, której ucho pochłonięte było przez dźwięki otoczenia, niejednokrotnie udowadniała, że muzyka jest sztuką realizującą się w przestrzeni i czasie. Zasłużyła się ona dla następnych pokoleń zarówno poprzez walkę o uznanie kobiet-kompozytorek, jak i teoretyczne oraz praktyczne połączenie tego, co klasyczne z tym, co cyfrowe. Tym samym dała szansę swym spadkobiercom na nadanie tejże relacji nowych znaczeń, co wciąż skutkuje poszerzaniem jej horyzontów w nieprawdopodobnie szybkim tempie. 

 

Kultywatorem tejże elektroniczno-klasycznej tradycji okazuje się Sebastian Gandera, który to w latach 80. swe pierwsze dzieła nagrywał w akademiku uniwersyteckim. Kasety z jego bogatą  twórczością zostały wydane w niewielkich ilościach i tylko raz w życiu, podobno traumatyczny dla samego artysty,  wybrzmiały na żywo. Niewiele można wyczytać na jego temat w internecie czy literaturze muzycznej, ale trzeba przyznać - jego dziedzictwo to kolejny wart analizy motyw pochodny opisywanego związku. Ilekroć słychać w tle Sebastiana Ganderę, tyle razy można dać się pochłonąć jego dźwiękom. W formie miniaturowych kompozycji przeplatających się z podstawową konfiguracją fortepianu, rejestratora terenowego, samplera i czterech ścieżek ukrywa się wrażliwość. Doprawdy, poza niezwykłym kunsztem wykonania kompozycji, a także majestatycznym i niezwykle niepokojącym tonem trzeba zwrócić uwagę na ich realną wartość - tłoczące się wewnątrz nich emocje. Świadczy to bowiem o tym, że są one bezpośrednim przykładem łącznika dwóch odległych światów - cyfrowego i klasycznego. 

 

 

 

Kiedy mija kilkanaście lat, a technologia wkracza na najwyższy poziom, świat sztuki powoli pogrąża się w lęku przed zatraceniem indywidualności czy nawet odhumanizowaniem. Muzyka naznaczona jest na dźwięki w większości generowane komputerowo, co nie porwało na straty    dawnych wartości - wręcz przeciwnie wzmogło kreatywność  wielu współczesnych twórców udowadniając jednocześnie, że wciąż jest miejsce na to, co piękne w swej klasyce i minimalizmie. Twórczo dojrzewa Sarah Davachi, absolwentka muzyki ezoterycznej, pracująca obecnie nad doktoratem z muzykologii na UCLA.  Kanadyjka konsekwentnie od pierwszego wydawnictwa „The Untuning of the Sky” po najnowsze „Gave in Rest” pielęgnuje drone posługując się naprzemiennie tradycyjnymi instrumentami typu pianino, organy i komputerów czy innych urządzeń elektroakustycznych.  W jej świecie kreowanym przez repetytywne dźwięki, codzienność jest oczyszczającą medytacją; rzeczywistość ma naturę duchową,  a każde zderzenie się z nią jest zjawiskiem iście hipnotycznym i wzniosłym. Jej obecność w całym bukiecie jakże fenomenalnych i wielkich nazwisk tegorocznego Unsound Festivalu prezentuje się skromnie, ale uwierzcie - tutaj wielkość jej twórczości jest nieoceniona i bezwarunkowo zaznacza się na mapie najbardziej przejmujących słuchowisk nie tylko podczas wydarzenia w Krakowie, ale i wszędzie indziej.

 

Bliska twórczości kanadyjskiej artystki jest twórczość Kali Malone, która to wraca do teoretyzowania i śmiałego eksperymentowania. Można wyczytać, że np. jej drugi album "Cast of Mind" bada użycie harmonii jako siły oddziaływania psychologicznego, dzięki wyłącznemu użyciu syntezatora Buchla 200 w połączeniu z akustycznymi instrumentami dętymi drewnianymi i dętymi. Melodie rzeźbi za pomocą wielu środków, m.in. puzonu, klarnetu basowego, fagotu, ale i  również instrumentów klawiszowych. Są one uzupełniane syntetycznością i cyfrowo wytworzoną harmonią, która odgrywa absolutnie ważną rolę w jej dźwiękowych konstrukcjach, które podobnie jak u Gandery,  poza swym kunsztem, czarują emitowanymi odcieniami emocji. Emocje te odciskają piętno nie tylko na wrażeniach słuchacza, ale po raz kolejny mocno zaznaczają się w charakterystyce relacji między tym, co klasyczne z tym, co cyfrowe.

 


 

 

Akt tworzenia Kali, podobnie jak Birka Gjerlufsen Nielsena i Victora Kjellerup Juhla z Vanessa Amara odbywa się w chłodnej Skandynawii. Pierwsze wydawnictwo duetu w labelu posh isolation można by interpretować jako swoiste zapoczątkowanie nowej ery wytwórni. Z krzyku, jazgotu i łoskotu zatopionego w cyfrowych efektach, wyłonił się przebłysk nagiej, nieskażonej melodii kruszącej serca swoją niewinnością i delikatnością, jak u dziecka. Za sprawą krystaliczności w połączeniu z melancholią, jaką Duńczycy nam serwują, udowodnili, że największą siłę ma czysto rezonujący ambient od początku przybierający różne postaci.  Juhla i Nielsen doskonale wiedzą, kiedy w tle mają zadźwięczeć dzwonki, kiedy powinni musnąć klawiszy organów kościelnych, a kiedy prym powinny przejąć syntetyczne smyki. W tym przypadku użycie wzbogacającej repetycji, przenikających się loopów i wszelkich zakłóceń stanowi o tym, że środki te nie są tu popularnymi efektami dźwiękowymi, a dodatkowym istotnym instrumentem muzycznym.

 

Instrumentem muzycznym okazuje się także trzyoktawowy głos przyozdobiony trylami Alexandry Drewchin, który w jej projekcie  - Eartheater - wychodzi na pierwszy plan. Tuż za nim swe opowieści tka czarująca harfa ( na której gra Marilu Donivan ) w korelacji ze smykami , które połączone są ze sztafażem nieco kontrowersyjnych, elektronicznych dźwięków i jazgotów. To właśnie ona stanowi idealny przykład tego, że adaptacja klasycznych procedur w „experimental club music” też jest możliwa, ba - prezentuje się  doprawdy ekstrawagancko. 

 

 

 

O tym, że klasyka sprawdza się także w zdekonstruowanej, abstrakcyjnej  elektronice dowodzi też Felicita z PC Music, który oczarował świat swoim ostatnim wydawnictwem „hej!” i poniekąd wiążącym się z nim dawniejszym projektem zleconym przez Unsound  - „Soft Power”. Za klasykę w tym przypadku przyjąć można polskie dziedzictwo kulturowe w postaci utworów skomponowanych we współpracy z Zespołem Pieśni i Tańca „Śląsk” bazując na muzyce ludowej wykonanej na fortepianie i będących z nią w pakiecie - tradycyjnych słowach; zaś za korelujący z nim element cyfrowy to, co brytyjsko-polski artysta eksploruje i potrafi najlepiej - destrukcji elektronicznych impresji opartych chociażby na wspomnianej wcześniej abstrakcji czy rozwiniętej warstwie perkusyjnej znanej dla bubblegum bassu,  UK bassu oraz art popu. 

 

 

 

Relacja pomiędzy tym, co klasyczne, a tym, co cyfrowe jest swoistym przykładem zjawiska synergii i postać ta, bezapelacyjnie, zatacza coraz szersze kręgi. Ma  przeogromny wpływ na rozpowszechnianie pewnej świadomości krytyczno-twórczego uwalniania od zapomnienia tradycji nie zapominając przy tym o postępie i  technologicznym i światopoglądowym. Przyczynia się tym samym do kolosalnego rozwoju kultury dźwięku i nadaniu jej doprawdy pięknej wartości. 

 

Zarówno Sarah Davachi, jaki i Eartheater wystąpią na tegorocznym Unsoundzie — 7-14.10 — w Krakowie. 
Autor:

Karolina Kobielusz