SENTYMENTY: Lechosław Polak (Księżyc), [cz.1]

Artykuły

Kiedy Karolina zaproponowała mi napisanie felietonu o moich inspiracjach muzycznych, odruchowo odpisałem – ależ ja nie potrafię pisać.  Po chwili pojawiła się jednak myśl – przecież gdzieś głęboko w duchu o czymś takim marzyłem – opowiedzieć komuś o muzyce mojego życia. Pamiętam, że na maturze z angielskiego cytowałem tekst piosenki Johna Milesa: „Music was my first love and it will be my last, music of the future and music of the past. To live without my music, would be impossible to do. In this world of troubles, my music pulls me through.” KLIK Po latach mogę to tylko potwierdzić.

 

 

Jak to się zaczęło? Pierwszym chyba utworem, który wywarł na mnie wrażenie i który potrafiłem świadomie zidentyfikować była VII symfonia Beethovena, a konkretnie jej druga część. Pamiętam trzeszczący niemiłosiernie, prawie półcentymetrowej grubości winyl rumuńskiej wytwórni Electrecord (płyty spoza strefy „demoludów” były w czasach mojego dzieciństwa raczej mało osiągalne) puszczany najpierw przez rodziców, później już własnoręcznie.

Czy ten „kawałek” ukształtował moją wrażliwość muzyczną, czy też stanowił jej pierwszą materializację, pozostanie kwestią nierozstrzygniętą. Grunt, że zawierał w sobie smutek, pasję i powtarzalny motyw. To dla mnie elementy sine qua non wartościowego utworu.

 

Prawdopodobnie na 12. urodziny dostałem od starszego brata płytę SBB z zapisem koncertu w warszawskiej Stodole. Pamiętam, że przesłuchałem ją całą jeszcze w trakcie trwania imprezy (dla bezpieczeństwa gości w słuchawkach, chociaż chwilami naśladowałem dość głośno gitarową solówkę Apostolisa z Wizji. Nikt wtedy tak w Polsce nie grał, to było moje pierwsze objawienie z gatunku szeroko pojętej muzyki rozrywkowej (w znaczeniu „nie poważnej”). O śladowych wpływach ówczesnych gwiazd rocka i pokroju chociażby EL&P czy Led Zeppelin nie miałem pojęcia, bo ich nie znałem, a zresztą tylko dodawały smaku naprawdę oryginalnej koncepcji muzycznej Józefa Skrzeka i kolegów. Parafrazując wypowiedź Jenny Lee z mojej ukochanej formacji Warpaint dotyczącej propozycji zostania supportem w tegorocznej amerykańskiej trasie Depeche Mode, gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że 40 lat później zagram na tej samej scenie co SBB w ramach jednego festiwalu (mówię o zeszłorocznym OFF-ie), to chyba padłbym na miejscu rażony atakiem serca.

 

Niezaprzeczalnym atutem „komuny” był powszechny dostęp do kultury..Płyty i książki były wręcz na wyciągnięcie ręki, po przystępnej cenie, choć często w ograniczonym nakładzie. Tłumy opętanych klientów, miotających się dziś podczas wyprzedaży w galeriach handlowych, można było wtedy spotkać pod księgarniami, gdy pojawiał się jakiś oczekiwany tytuł. Oczywiście, jak wspominałem wcześniej, w przypadku płyt były to wydawnictwa węgierskie, niemieckie i czechosłowackie. 

 

Pod koniec podstawówki zaczął się u mnie okres niemal kompulsywnego kolekcjonowania płyt głównie – z racji oferty rynkowej – z muzyką poważną. Zaczęło się dość banalnie od Chopina (przy okazji konkursu chopinowskiego wydawano wtedy kolekcję kilku płyt z przekrojem wykonawców danej edycji), z niejaką satysfakcją zacząłem rozpoznawać poszczególne utwory, a z czasem nawet dostrzegać różnice w interpretacjach. Poczułem wtedy potrzebę poznania i zgromadzenia reprezentatywnych dzieł muzycznych twórców na przestrzeni wieków, jako wyraz ogólnej potrzeby katalogowania otaczającego mnie świata. Jeśli wierzyć twierdzeniu, że ład wewnętrzny znajduje odzwierciedlenie w chaosie na zewnątrz i vice versa… 

 

Wkrótce zgromadziłem zbiór kilkuset płyt. Temat to zbyt obszerny, muzyka poważna dała mi jakieś odniesienie do przyszłych fascynacji. Niezmiennie zachwycam się Ravelem i Bachem, a to ledwie wierzchołek góry lodowej.

 

Wraz z końcem dzieciństwa zamykał się pewien okres moich poszukiwań muzycznych i zaczynał kształtować się bardziej dojrzały gust. Jednocześnie zacząłem brać lekcje gry na akordeonie (na wymarzone pianino nie mieliśmy w domu miejsca). Nie byłem tym zbyt zachwycony i nawet nie podejrzewałem, że kiedyś, po jednym z koncertów Księżyca, występujący po nas artysta (nie byle jaki, bo Krzysztof Knittel) stwierdzi, że dawno z taką przyjemnością nie słuchał akordeonu. Ale też w ogóle jeszcze nie podejrzewałem, że kiedyś będę tworzył muzykę i występował na scenie.

Autor:

Lechosław Polak