SENTYMENTY: LECHOSŁAW POLAK (KSIĘŻYC) [cz.3]

Artykuły

Mógłbym przysiąc, że nurt cold wave powstał specjalnie dla mnie, w reakcji na moje egzystencjalne rozterki, sercowe porażki, ogólnie czarną rozpacz i myśli samobójcze, z którymi borykałem się na początku lat 80-tych. Jeśli wierzyć internetowym archiwom (musiałem sprawdzić, i dobrze – bo wydawało mi się, że przynajmniej rok wcześniej), 23 listopada 1982 roku o godzinie 20 w audycji Cały ten rock Marka Wiernika usłyszałem po raz pierwszy płytę Waiting for a Miracle Comsat Angels KLIK. Program emitowany od połowy tegoż roku w programie III PR, prezentujący zazwyczaj całe płyty, wnosił powiew świeżości do raczej zachowawczej oferty tej rozgłośni. Przewinęło się w nim sporo wcześniej niespotykanych w polskim radio wykonawców – choćby Patti Smith, Tuxedomoon, Pere Ubu, the Stranglers, Theatre of Hate, The Triffids, Minimal Compact. Przeglądając playlisty tych audycji, duchem przeniosłem się niemal w tamte czasy, przypominając sobie konkretne longplaye, kojarząc czasem dawno już zapomniane zespoły… O, na przykład Microdisney! Nie słuchałem chyba ponad 30 lat. Wchodzę na TIDAL-a, wpisuję… oczywiście jest. Włączam, słucham... Sympatyczne, choć szału nie ma. 

 

Gdyby wtedy wszystko było takie proste… to nie byłoby tak pięknie!

 

Proste jednak było i oczywiste, że jeśli ktoś chciał być na bieżąco z muzyką alternatywną, musiał co wtorek o 20 siedzieć karnie przy radioodbiorniku z czystą (bądź kwalifikującą się do ponownego nagrania) kasetą i magnetofonem w stanie gotowości.

 

Dwie pierwsze płyty Comsat Angels (wspomniana Waiting for a Miracle oraz Sleep no More) stanowią dla mnie absolutną klasykę gatunku, mimo że na palcach jednej ręki mógłbym policzyć znane mi osoby, które o nich słyszały. Zespół pozostał w cieniu Joy Division, które ja poznałem dopiero rok czy 2 lata później, na dość nędznej jakości pirackiej kasecie (w tamtych czasach inne w zasadzie nie istniały). I to później, niż pierwszą płytę New Order Movement. Do moich ówczesnych radiowych odkryć należałoby dodać jeszcze The Sound z płytą All Fall Down KLIK oraz Breaking the Silence KLIK, pierwszy longplay Opposition. To też formacje, które z niewiadomych dla mnie przyczyn nie osiągnęły nigdy większej popularności, a stanowią kolejne kamienie milowe rozwoju mojej wrażliwości muzycznej. 

 

Comsat Angels to mroczna desperacja w czystej formie, okraszona chłodnymi elektronicznymi pejzażami nasyconymi głębokim, ostinatowym basem, Opposition zaś – rozdzierający lament krwawiącego serca wyśpiewany przejmującym głosem Marka Longa. Szczególnie na płycie Intimacy KLIK.

 

W tym samym mniej więcej czasie zetknąłem się po raz pierwszy z minimalizmem, nurtem niezaprzeczalnie kształtującym mój późniejszy wkład w twórczość Księżyca. Najpierw był Steve Reich KLIK, na nieocenionym wydawnictwie Hungarotonu, w towarzystwie lokalnego przedstawiciela tegoż gatunku, Beli Farago, z utworem o malowniczym tytule A pók halála (Śmierć pająka) KLIK. Później w radio natknąłem się na płytę Glassworks Philipa Glassa KLIK, którą prowadzący scharakteryzował jako “pop dla intelektualistów”. Coś w tym jest ;)

Był też King Crimson KLIK (najbardziej chyba ceniłem okres, gdy wokalistą był wymieniany już tu przeze mnie Greg Lake), z którym pierwszy kontakt miałem parę lat wcześniej, ale wtedy ich muzyka wydała mi się jeszcze zbyt trudna w odbiorze. Później stali się pierwszą chyba kapelą, której skompletowałem wszystkie płyty (na kasetach, rzecz jasna – nie zapominajmy, o jakich czasach piszę). Co więcej, przez pewien czas znajomość King Crimson stanowiła dla mnie istotne kryterium przy doborze znajomych. Przy ich muzyce zdarzyło mi się nawet raz “bawić” w sylwestra, jak również spędzić upojną noc z dziewczyną poznaną przez swoisty prototyp dzisiejszego Facebooka, czyli kącik ogłoszeń towarzyskich (tu muszę chyba młodszym wyjaśnić, szczególnie w tym kontekście – wtedy nie był to jeszcze bynajmniej synonim ofert erotycznych) w tygodniku Na przełaj. Tak, była wielbicielką King Crimson!

 

Nie mogę tu pominąć mojej przygody z hard rockiem. Tym razem nie pamiętam już dokładnie kiedy, ale znów kojarzę konkretną audycję w Trójce, gdy prezenter puścił po kolei: Black Sabbath Fairies Wear Boots KLIK, Uriah Heep Look at Yourself (później kupiłem longplay z imitującą lustro folią aluminiową na okładce), a na koniec dwa utwory Budgie – Breadfan i Parents KLIK. To była moja pierwsza styczność z tym gatunkiem, owocująca całkiem długim i udanym romansem. Choć dziś odżegnuję się od bezpośrednich sympatii z klasycznym hard rockiem, to wciąż mam słabość do jego bliższych lub dalszych współczesnych mutacji pokroju choćby Chelsea Wolfe z płytą Abyss KLIK (już się nie mogę doczekać zapowiedzianej na wrzesień Hiss Spun), wczesnego Linkin Park, jeszcze wcześniejszego Sonic Youth KLIK czy też nurtu grunge z Nirvaną na czele. Ośmieliłbym się nawet umieścić w tym gronie wczesnych Swansów z ich wszechobecnymi wówczas, monumentalnymi gitarowymi riffami. To chyba tyle, jeśli chodzi o inspiracje płynące z audycji radiowych. Dla porządku muszę jeszcze wspomnieć o Happy Rhodes KLIK, kultowej amerykańskiej artystce, którą przypadkiem odkryłem parę lat temu właśnie w radio, co w dobie internetu i serwisów streamingowych właściwie już mi się nie zdarza.

 

Nie przepadam za gatunkiem “muzyka filmowa” (poza samym faktem, że powstaje lub jest wykorzystana na potrzeby filmu, trudno ją w ogóle nazwać gatunkiem – może to być faktycznie muzyka dowolnego rodzaju), ale przynajmniej w jednym przypadku urzekła mnie do tego stopnia, że czekałem do ostatnich napisów, by poznać nazwisko kompozytora. W przypadku filmów Greenawaya był to zwykle Michael Nyman, jednak Brzuch architekta stanowił odstępstwo od reguły KLIK. Wima Mertensa trudno z kimkolwiek pomylić. Nigdy nie robiłem takiego zestawienia, ale z pewnością znalazłby się w moim Top 10 ulubionych twórców muzycznych. Jego twórczość scharakteryzowałbym jako minimalizm liryczny, podczas gdy wspomnieni wcześniej Reich i Glass to dla mnie minimalizm akademicki. Nie wiem, co na to muzykolodzy…

 

Miałem nadzieję zawrzeć lata 80-te w jednej części, ale ciągłe dygresje sprawiły, że ledwo dotarłem do ich połowy. A ponieważ tak istotne dla mnie, przypadające na ten okres wczesne wydawnictwa wytwórni 4AD czy też muzyczne perełki z legendarnej listy Henryka Palczewskiego trudno ująć w kilku słowach, będę musiał poświęcić im kolejną część cyklu. Jak również epoce płyt kompaktowych, zamiłowaniu do żeńskich wokali i pulsującym rytmem latom 90-tym.

Autor:

Lechosław Polak