Spójność czy monotonia – o oszczędności środków

Artykuły

Na wstępie muszę przyznać otwarcie, że mam ogromną słabość do spójnych albumów. Z jakiegoś powodu to właśnie one zostają w mojej pamięci na długo. Wizja artysty/artystki, który/a postanawia zbadać i zgłębić jakiś niewielki wycinek z mikroskopijną dokładnością to coś, co od zawsze przyciąga moją uwagę. Chciałbym przedstawić dziś trzy albumy, które mogą posłużyć za przykłady takiego działania. 

 


 

edIT – Crying Over Pros for No Reason

 


 

 

Samplowanie akustycznej gitary i zabawa perkusyjnymi pętlami z dodatkiem glitchowych wstawek. Brzmienie tego albumu jest trochę jak pseudonim samego autora – trochę efekciarska zabawa tym, co już znane. Mimo to, jest to płyta, która odegrała bardzo ważną rolę w mojej muzycznej przygodzie i mam do niej duży sentyment. Biorąc pod uwagę fakt jak niewdzięcznie starzeje się tego rodzaju granie, trzeba przyznać, że edIT wychodzi dość obronną ręką ze starcia z moimi obecnymi wymaganiami. Należy bowiem wspomnieć, że album ten został wydany w 2004 roku w Planet Mu. Od momentu wydania minęło więc 14 lat i przez ten czas zmieniło się wiele zarówno w świecie elektroniki jak i w brzmieniu samej wytwórni. Wracając do albumu, broni go przede wszystkim fakt, że jest to piekielnie dobrze wykonana robota w sensie rzemieślniczym. Autor spędził podobno 7 lat aby wszystko brzmiało tak, jak sobie założył. Oczywiście, niektórych odrzuci jego dosłowność i wspomniane efekciarstwo, ale jeśli uda się nam przymknąć na to ucho odkryjemy, być może, że w samym rdzeniu jest to porcja bardzo szczerej muzyki. 

 


 

 

Boliden – Landscape and Memory

 


 

 

Spójność tej płyty polega na bardzo świadomym i ostrożnym doborze dźwięków i ich częstotliwości. A także na dość prostej strategii wprawiania słuchacza w hipnozę poprzez przeciąganie zloopowanych fragmentów. Co ciekawe, w przeciwieństwie do innych tego typu albumów, wspomniane przeciąganie nie prowadzi do żadnych punktów kulminacyjnych. Mimo tego, nie czujemy niedosytu ponieważ od pierwszego utworu czujemy, że jest to celowy zabieg. Brzmieniowo na pewno przypomina to dokonania Huerco S., kompozycyjnie jest to taki The Field pozbawiony rozbudowanej, rosnącej narracji. Utwory, z pewnymi wyjątkami, oscylują wokół 4 minut długości. Dzięki temu rozwiązaniu zanim zdążymy się znużyć danym utworem, przechodzimy już do następnego. Przez to, jest to album, który wprawia nas w specyficzny stan zawieszenia. Wyróżnia go bardzo sprawne wykorzystanie przyćmionego brzmienia lo-fi, które funkcjonuje jako bardzo przemyślany element całości, a nie coś, co ma przykryć pewne braki i niedociągnięcia. Słuchając tej płyty odnoszę wrażenie, że gdyby całość była bardziej klarowna i przejrzysta, to straciłaby ona swój urok. 

 


 

 

Prince of Denmark – 8

 


 

 

Jak już wspominałem w innym wpisie, jestem przeogromnym fanem tej tajemniczej postaci. Zarówno jeśli chodzi o jej chłodniejszy i bardziej minimalistyczny wymiar poruszający się wokół techno, jak i znacznie cieplejszy, naiwny, wręcz łzawy, który przedstawia w ramach takich projektów jak DJ Healer, Traumprinz czy DJ Metatron. Jeśli zaś idzie o muzykę, mamy tu do czynienia ze skrajnym minimalizmem zderzonym z oszczędnymi, ale chwytliwymi melodiami.  Przeciągnięte do granic możliwości monotonne pętle perkusyjne testują słuchaczy by wynagrodzić tych, którzy w tej hipnozie wytrwają. Oczywiście, "wytrwają" nie jest tu trafnym stwierdzeniem, ci, którzy nie odnajdują uroku w minimalistycznej, często skrajnie prostej monotoni raczej nie znajdą tu nic dla siebie. Ci zaś, którzy mają słabość do takich zabiegów, będą czerpać przyjemność nawet z tych oszczędnych fragmentów. "8" to album, który momentami przywodzi na myśl scenę, w której siedzimy w pokoju osoby tworzącej muzykę elektroniczną przysłuchując się jej pracy. Słyszymy powielone, monotonne loopy, które po odpowiedniej liczbie powtórzeń podrzucają nowy pomysł na ich rozbudowanie. Czujemy jakbyśmy byli częścią tego procesu, w pewnym momencie nasz mózg przestaje skupiać się na tym, co słyszy i zaczyna modulować utwory i proponować alternatywne rozwiązania. Doprowadza to do sytuacji, w której nie jesteśmy w stanie rozróżnić tego, co słyszymy naprawdę, a tego, co wydaje nam się, że słyszymy. Z trzech wspomnianych dziś albumów, ten wyróżnia się na pewno sprawnym wykorzystaniem offbeatu. Te proste melodie przyciągają uwagę, ponieważ są lekko przesuniętę i często zostają wpuszczone w pozornie nieodpowiednim bądź niespodziewanym momencie. 

Autor:

Patryk Wojciechowski