The Velvet Underground & Nico – czar spod ciemnej gwiazdy

Artykuły

Myślę, że nie muszę nikogo przekonywać o tym, że The Velvet Underground & Nico wielkim albumem był! A nawet wciąż jest, chociaż w marcu tego roku płycie stuknęło 50 lat. Już zaraz interesować nas będzie przeszłość nie tak odległa,  przede wszystkim zamykająca się w uciekającym roku – to za sprawą różnorakich podsumowań. Nastał chyba więc ostatni moment, by wspomnieć coś o  tym krążku. Takie refleksyjki, może nawet nic niewnoszące, to, co najbardziej kręci mnie w tej muzyce i aurze, tak nierozerwalnych w przypadku Velvet Underground. Bez opowiadania i tak znanej historii, gloryfikacji, piedestalizacji, nakazywania uwielbiania. Taki żółty banan na białym tle.

 

Stare, dobre czasy

 

Pół wieku temu – jak to w ogóle brzmi. A czas leci i wtedy: debiutowali The Doors i Pink Floyd, kręcono Rosemary's Baby, Rolling Stonesi dali koncert w komunistycznej Warszawie. Całkiem cool. W zachodnim świecie, szczególnie w muzyce królował flower power, chociaż zgoła inny od tegorocznego Unsoundu. Wolność, taka kolorowa i szczęśliwa, staje się ideałem, marzycielskim snem. Velvet Underground kładzie na tym obrazku długi cień. Choć też traktowali o wolności, ale bardziej twórczej, bardziej o nieskrępowaniu, wyzwoleniu. Czterech muzyków w zgrzytach i hałasie odnalazło artyzm, a underground stał się nową Arkadią. Barwy też były, ale jako kolorowe przezrocza migające wokół tych upiorów z podziemnego półświatka sztuki. Bohemy zakazanej dla śmiertelników. O tak, zespół lubował się w ciemnej aurze, podszytej nonszalancją i czarem. Oraz też chyba po prostu dobrze się bawił. Nie pisali może utworów o wietrze we włosach, a o narkotykach, masochistycznym seksie, nowojorskich zaułkach, pustce wśród ludzi, ale to nie są grobowe kompozycje. Często zupełnie dobre piosenki. Dobre do wirowania wśród wspomnianych świateł ale i narkotycznego letargu. I tak szybko wycofano nakład ze sklepów, pojawiło się magiczne słowo k o n t r o w e r s j a. A może rażący nihilizm czy znudzona dekadencja? A może jednak nieznośna lekkość bytu? Z pewnością jakaś forma kontrkultury wobec już nastałej kontrkultury.

 

Jaka produkcja?

 

Otoczka otoczką, ale w samej muzyce wyjście w opozycji do czegoś, lub po prostu pójście własną drogą zaznacza się  tym mocniej. Wielu uznaje The Velvet Underground & Nico za pierwszy album noise rockowy - i zdają się mieć rację, choć pamiętajmy też o zespołach takich jak The Fugs czy The Godz. Przez lata 60 stopniowo dopracowywano metody nagrań muzycznych, aż wydano Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band – nowy standard brzmienia materiału już zmiksowanego i wyprodukowanego. Również w roku 1967, jakieś trzy miesiące po VU&N. Sami porównajcie te dwa krążki, oba przecież dziś już kultowe – przepaść. W naturze nowojorczyków nie leżało przecież dopasowanie się, dlatego album szumi, dźwięk gryzie, tu odzywa się coś, co powinno się już wyciszyć, tam drapie pogłos. Nic dziwnego, skoro wytwórnia miała usłyszeć materiał już po jego wydaniu, a zespół nagrywał muzykę de facto sam sobie. Dawno już wiadomo, że rola Andy’ego Warhola nie polegała na produkcji, co sugerował wpis w okładce, a na protekcji i tak zwanej pieczy artystycznej. Papież nowojorskiej awangardy po pierwsze finansował a po drugie mówił ,,Very nice'' po usłyszeniu wszystkiego, co proponowała grupa. Honor niech nie ucieka od Lou Reed'a oraz Johna Cale'a, gdyż to głównie oni kreowali materię dźwięku. Rozdygotanego i trzaskającego, w czasach pięknych dziewcząt i młodzieńców z gitarkami. Utwory oparte na garstce akordów, w tym samym czasie, gdy prog rock zaczynał już kombinować. Ale to nie niechlujstwo przecież czy inna ignorancja. Poszukiwania i śmiałość.

 

Awangardowe pomosty

 

Lata 60. to też czas nurtu Fluxus, głównie manifestujący wyjście ze sztuką do ludzi, zajmował się happeningiem, który kompozytorzy tego kręgu łączyli z muzyką. Dwa największe nazwiska, czyli John Cage i La Monte Young to przyjaciele Cale'a, z którymi również tworzył i wykonywał muzykę. Naturalnie więc pewne idee muzycznej awangardy, z kręgu właściwie ciężko mówić czy wciąż klasycznego, są tak obecne w Velvet Underground. Preparacja instrumentów, czyli wtykanie różnych przedmiotów np. między struny czy przystawki gitary w celu uzyskania innego brzmienia, to zdobycz Cage'a, który w ten sposób nadział fortepian. Smyczkowe drony, głębokie ale i piskliwe , kojarzą nam się z poszukiwaniami La Monte Younga, kompozytora z wykształcenia również klasycznego, ale jednak eksplorującego w bardzo nowatorski sposób. Podobne pomysły na wydźwięk przejęli dwie dekady później Sonic Youth, też wszak działający w Nowym Jorku. Echa Velvet Underground słyszymy dziś i we wspomnianym noise rocku, i shoegazie, dreampopie, rocku gotyckim, no wavie, chyba nawet grunge'u. Wszystkie nurty łączy chęć wyrażenia się poprzez brzmienie niegładkie, nieugłaskane. Inne, odróżniające się poprzez niedążenie do nudnej już idealności.

 

 I w całej tej gmatwaninie popularnych, rockowych kawałków, nostalgicznej głębi głosu Nico, szumach, zgrzytach i śrubkach w gitarze naprawdę upatruję jedną z najważniejszych albumów XX wieku. Dobra, trochę wynoszenia na piedestał jest, ale dopiero na sam koniec!

Autor:

Marta Konieczna