This Is Not This Heat : “Nie ten ogień, słonko”

Artykuły
Niecierpliwym jedynie połechtam niecierpliwość: tak, to Rzeczywiście, Ale Tak Na Serio Naprawdę Na Serio (100%) Nie Jest This Heat.

 

Myślę, że nie ma potrzeby w tym miejscu wpadać w standardowe przepychanki na tle "umiejscawiania This Heat w historii muzyki" i przedstawiania dorobku z przełomu lat 70 i 80. Jak ktoś tę kapelę dobrze zna, to przeskakuje następny akapit.

 

Dla zbłąkanych tylko bardzo krótka notka: debiutanckie s/t oraz Deceit podawane są przez wiele kapel jako inspiracja (nie ma sensu ich wypunktowywać). Zarówno Viet Cong, jak i James Murphy - ot, różne strony muzycznego 'indie'-światka powoływały się właśnie na nich. Powody są, ale to już zostawiam do sprawdzenia poprzez sprawdzenie debiutu, Deceit oraz - także jako elementarny odsłuch - Health & Efficiency EP, przynajmniej A-side tegoż materiału.

 

Przechodząc do rzeczy, na początku koncertu na Scenie Eksperymentalnej zostaliśmy uraczeni paroma problemami z nagłośnieniem, to w sumie nawet zabawne, biorąc uwagę, że kompozycją otwierającą jest „Testcard”. Po pierwszych taktach stało się jasne, że wszystkie moje wątpliwości co do setu - a miałem ich trochę po materiałach z YT - są nie na miejscu i po prostu współczesna konsumencka technologia nie potrafi wystarczająco uwieczniać momentów w czasie. Profesjonalne mikrofony albo wynocha! "Horizontal Hold" - jak i zresztą wszystko na tym gigu - było takie, jakie miało być - mechaniczne, szorstkie, z gigantycznym ogniem, w końcu przy dwóch zestawach perkusyjnych ciężko oczekiwać innego rezultatu. Gdybym nie wspomniał w tym miejscu, że Charles Hayward jest już w trochę sędziwym wieku, to – oczywiście bez rzutu oka na scenę lub wcześniejszej wiedzy - nikt by tego nie zgadł, tego w ogóle nie słychać!

 

Ha, spodziewaliście się opisu utwór po utworze? Guzik! Za to będzie kącik osobisty!. Rzadko zdarza mi się przy muzyce bać - miejsce na tę emocję mają dla mnie bądź to kompozycje pozbawione pierwiastka ludzkiego, bądź to zupełnie intymne i osobiste - ze strony artystów oczywiście. I nagle bum, poczułem się jak małe dziecko we mgle. Materiał This Heat przearanżowany na septet nadal zionie tym chłodem nuklearnej zagłady (albo raczej jej groźby w czasie zimnej wojny), który chcieli – jak można sądzić po tekstach z obydwu albumów - do tych chorawych kompozycji przelać. Wierzcie mi lub nie, ale teraz już wiem, że im chodziło o ten najbardziej niewypowiedziany strach przed nagłą śmiercią. Nie zrozumcie mnie źle: ten materiał wręcz promieniuje taką aurą nawet w wydaniach studyjnych, ale tutaj… Może nam się wydawać, że to wszystko już przeszłość, że to po prostu Bullen i Hayward są ofiarami traumy tamtych czasów – nonsensem jest jednak twierdzić, że obecnie nic nam nie grozi. Incydent ze Stuxnetem powinien wybudzać nas w nocy ze snu, zresztą – na co nam Stuxnet, skoro nawet sprzedaż kradzionych tożsamości to codzienność? Może nie wisi nad nami widmo wojny nuklearnej, ale już jakieś ‘małe sabotaże’ w elektrowniach jądrowych, na dodatek umywając rączki, bo to przecież ‘samo się stało i nie wiadomo kto to wypuścił’? Zresztą, po co nam problemy z elektrowniami – zgubcie dowód osobisty, a jeśli macie pecha, to ktoś wam weźmie chwilóweczkę. To wszystko nasza codzienność, tak też, co ciekawe,  kompozycje te – odwołujące się przecież często do konkretnych wydarzeń – posiadają charakter uniwersalny, nie dziwi w takim razie fakt, że całość nadal zachowuje charakterek, duszę oraz aktualność. Padająca w „A New Kind of Water” linijka potrafi dosyć mocno zabić klina. „What is the answer?” – tylko czy my chociaż znamy pytanie? Prawdopodobnie ani jego, ani odpowiedzi nigdy nie poznamy. Myślę, że nie tylko ja dostałem solidnego kopa w tyłek od tej napiętej atmosfery. Ostatecznie zostałem zmuszony przyznać się przed samym sobą do paru egzystencjalnych strachów, powiecie „w wieku 22 lat standardowa sprawa” -  jasne, zgadzam się, ale to jednak nie zdarza się zbyt często, przełamanie tej bariery jest trudne. Czyżby członkowie kapeli zaplanowali sobie raczej egzorcyzm, aniżeli koncert? Kto wie…

 

Wracając z tej przydługawej dygresji – co tu tak naprawdę atakuje słuchacza? Być może aranżacje na trójkę gitar - może to wpływy Sedwardsa, w końcu współpracownika Thurstona Moore'a? Na myśl przychodzą od razu gitarowe zagrywki Glenna Branci… Być może ataku na zmysły dokonują te zupełnie free-jazzowe partie klarnetu Alexa Warda albo demoniczne wokale całej ekipy? Siedem głosów skandujących „We want more!” robi wrażenie! Tak czy siak, cokolwiek to jest, działa genialnie i straszy nieziemsko. Co ważne -  utwory zdają się być wynikiem wytężonej, kolektywnej pracy całego septetu, a nie po prostu odgrzewaniem kotletów. Materiał tak nowatorski nie mógł przez te lata się zestarzeć, za to… wzbogacono go w pomysły, które zdążyły na przestrzeni lat wykiełkować – jak na ironię często na gruncie inspirowanym samym This Heat. Ważniejsze jest jednak to, że piszę o tym nie z konieczności obrony ‘starej grubej ryby’, tylko z dziennikarskiego obowiązku. A może i nie ma takiego obowiązku? Przecież „to nie jest This Heat”. To już coś więcej i to ewidentnie słychać - pionierski duch pozostał, a brzmienie poszło do przodu, właśnie takich powrotów muzycznych nam potrzeba!

 

Mógłbym marudzić, że nie było "Twilight Furniture", ale tego nie zrobię, bo set lista i tak była znakomita. Osobiście byłem zaskoczony pojawieniem się „Music Like Escaping Gas”, które potencjalnie zdaje się być kompozycją mało koncertową – cóż, grubo się myliłem, jeden z głównych elementów tego fantastycznego muzycznego thrillera. Z obowiązkowych punktów programu pojawiły się m.in. „24 Track Loop” (jakże by inaczej), „The Fall of Saigon”, „Indepedence”, „S.P.Q.R” oraz „Health and Efficiency”. Szkoda tylko, że jak zwykle dużą rolę festiwalowość samego koncertu, bo podejrzewam – i to wcale nie bezzasadnie - że sam skład chętnie pograłby dłużej niż tę godzinę z groszami.

 

Podsumowując: Hayward i Bullen dali sobie radę z tytaniczną pracą względem, zapewne dosyć rozbuchanych, oczekiwań wobec tak pionierskiego i trendsetterskiego materiału, dodatkowo angażując w swój projekt piątkę muzyków, którzy doskonale ich rozumieli. James Sedwards, Daniel O’Sullivan, Merlin Nova, Alex Ward i Frank Byng zdecydowanie wiedzą jak odnaleźć się w tym, niepodobna by było nie przypomnieć, bardzo chaotycznym i skomplikowanym projekcie.

 

Nie wiem jak można było wybrać przereklamowane zjawisko spod znaku PRO8L3M-u zamiast takiej petardy, ale niezbadane są ścieżki ludzkich myśli. Wielką stratą było przegapić takie wydarzenie, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś ich w kraju zobaczymy. Zachęcam do poszukania sobie bootlegów z paryskiego koncertu.

 

Zachęcamy do obejrzenia naszej video-relacji z OFF Festivalu:

 

 


 


 

Autor:

Filip Skirtun


Zdjęcie:

Dawid Laskowski