Wokalistka, która stała się śpiewaczką – recenzja płyty

RecenzjeSŁOWA

Zderzenia muzycznych światów, niesztampowe projekty, zaskakujące spotkania, aż wreszcie nietuzinkowe efekty. Dziwne, gdyby nasz portal przeszedł obojętnie nad pewnym koncertem zarejestrowanym w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w 2014 r., który ukazał się jako płyta pod koniec marca br. To kolejne echo inicjatyw Narodowego Instytutu Audiowizualnego, umożliwiającego spotkania muzyki nazwijmy to popularnej i dajmy na to klasycznej. Dlaczego? Za pulpitami czołówka polskich symfoników, czyli Narodowa Orkiestra Polskiego Radia. Dziełem jednego z najwybitniejszych zmarłych polskich kompozytorów XX wieku, Góreckiego, dyryguje jeden z najwybitniejszych żyjących polskich kompozytorów XX wieku, Penderecki. A partię solową wykonuje wokalistka kultowej triphopowej grupy Portishead – Beth Gibbons. Samo to zestawienie przyprawia o ciarki ekscytacji.

 

O tym, że dla Gibbons było to wielkie wyzwanie nie muszę nikogo przekonywać. Tekstu polskiego uczyła się fonetycznie, a jak wiadomo nasz język jest naprawdę trudny do śpiewania. Nie tylko z uwagi liczne spółgłoski, które niełatwo udźwięcznić (spróbujcie jak śpiewa się jakąś melodię na głosce k), ale również przez częste występowanie nosowych ą i ę, które w śpiewie klasycznym po prostu nie istnieją (z powodu wypuszczania powietrza nosem przy ich wymowie). Sama melodia, pozbawiona tekstu i przeobrażona w wokalizę również nie należałaby do najłatwiejszych. Co prawda nie występują w niej duże skoki wysokości, całość jest bardzo śpiewna (stąd dopisek cantabile przy jednej z części). Jednakże patrząc na całość dzieła słyszymy naprawdę szeroką rozpiętość dźwięków od niskich do wysokich. ,,Dołów’’ nie brakuje, choć partia przeznaczona jest dla sopranu. Głos Beth w klasycznym ujęciu plasuje się niżej, jako kontralt, zatem miejscami musiała wspinać się ponad swoje możliwości, innymi momentami zaś niższy głos był z pewnością pomocny.

 

Recenzje nie powinny jednak opierać się samym stwierdzeniu, że było wydarzenie to było ważne, a zadanie stojące przed Gibbons trudne. Niestety wiele relacji na tym się poprzestawało. Jaki był efekt tego wszystkiego, czyli jak ocenić wykonanie? Z pewnością jest jedyne w swoim rodzaju, ciężko jest odwołać się do jakiejkolwiek znanej mi interpretacji – wokalistka nie jest wszak śpiewaczką. Jej nieklasyczny głos pełen jest powietrza. Momentami przysparza to wyjątkowego, tajemniczego wydźwięku, który jednak nie zawsze pasuje do treści, chociażby w części z ludową piosenką. Innym razem, gdy Beth śpiewa bardzo wysoko, od samego słuchania bolą struny głosowe – nadwyrężone wymagającym tonem, który łatwiej przychodzi z odpowiednio ustawionym aparatem głosowym. Są jednak takie chwile, gdy to wciąż obecne powietrze uzdatnia frazę, nawet poprzez lekkie sfałszowanie, czy złamanie dźwięku. Lament z pierwszej części jest bardziej żałobny, wszystkie pieśni w ogóle są jakoś tak bardziej żałosne właśnie. To, z czego słynie głos Gibbons czyli niepowtarzalna, zadymiona jakby aura również osnuwa tę partię. Obolały, niezbyt błyszczący, jakby ciągle wzdychający – cechy te jeszcze mocniej dają o sobie znać w partiach iście sopranowych. W jednym momencie (część druga) wokalistka jednak nie walczy i śpiewa oktawę niżej niż zapisano w nutach. Może to i lepiej dla jej gardła. Odbija się to nieco na interpretacji – wyjątkowo wysoka fraza jest jak ostatnie zawołanie pełne strachu, zanoszenie się, które koi dopiero modlitwa Zdrowaś Maryjo w następnym fragmencie, śpiewana w przystępniejszym rejestrze.

 

Jednego tylko Gibbons nie mogę wybaczyć. Jestem w stanie przystać na te niepoprawne w świetle klasycznej praktyki śpiewanie nawet tylko z uwagi na fakt, że jest to coś innego i że może to i dobrze, że dzieło Góreckiego doczekało się takiego wykonania. Cieszę się właśnie z tego zderzenia, które kłuje uszy nastrojone poważnie. To i tak nic w porównaniu z tym, co wyprawia genialna Barbara Kinga Majewska! Nie mogę jednak znieść znikomej interpretacji u Beth, która nie wynikałaby tylko z odmienności jej śpiewu. Każda z trzech części to trzy wypowiedzi różnych osób. W pierwszej lamentuje Matka Boska pod krzyżem patrząc na skatowane dziecko. W drugiej młoda dziewczyna wzywa matkę ryjąc paznokciem w ścianie gestapo, wskiej celi wezwanie do rodzicielki. W ostatniej znów przemawia matka, która straciła syna, robi to jednak w prostych, ludowych słowach, które nie mają w sobie nic z pompatyczności. To trzy zupełnie inne odcienie tych samych, żałosnych emocji. Aż prosi się o odmalowanie tych różnic! Wokalistka niestety tego nie dokonuje, a w moim odczuciu to właśnie te interpretacje III Symfonii Góreckiego są najcenniejsze, które potrafią wcielić się w każdą z trzech postaci inaczej.

 

Nie jest tak, że sama inność świadczy zawsze o wyższości danego utworu. Ale odmienny przykuwa uwagę. Zadaje też pytania i zmienia perspektywę. Gdy jest udane, pozwala spojrzeć na poprzednie wzorce krytyczniejszym okiem. Gdy jest nieudane, umacnia przekonania estetyczne. Nie jest złe, bo jest inne, niekoniecznie jest dobre, bo jest inne – o tym należy pamiętać dziś coraz częściej. Beth Gibbons wykonała kawał dobrej roboty, tak zresztą jak i orkiestra oraz przygotowujący ich wszystkich dyrygent. Ona jednak musiała tej roboty kawał wykonać trochę większy, ucząc się i nadrabiając. Chwała jej za to. Nie lekceważmy jej ciężkiej pracy spłycaniem jej do jakiegoś tam fenomenu, który opiszemy w samych superlatywach. Przeciwnie, uhonorujmy ją krytycznym spojrzeniem, tą solą do smaku, która zmusza do refleksji i uczuciowej i rozumowej. W ogóle lepiej tak właśnie róbmy.

AUTOR:

Marta Konieczna