Wywiad – Jan Jelinek & Masayoshi Fujita

SŁOWAWywiady
Jan Jelinek podchodził do muzyki elektronicznej pod wieloma kątami, z paru już stron i zza różnych aliasów, a Masayoshi Fujita to wibrafonista komponujący eksperymentalnie i eksploracyjnie. Jako duet wydali dwa albumy, które zespajają ich zainteresowania, stylistyki, brzmienia – wszystkie przecież tak różne w wydaniu obu artystów. Szansą na zetknięcie się z takim zderzeniem był koncert w ramach Festiwalu Radio Azja, który 6-go grudnia 2018 roku zaoferował jedno z wielu przygotowanych na tę edycję kapitalnych muzycznych spotkań. A nam dał okazję do podpytania, nie tylko o to, jak wygląda kooperacja Jelinka i Fujity w duecie, ale także spojrzenia w ich własne dźwiękowe światy.
Patryk Wojciechowski: Wiem, że Jan miał już okazję grać w Polsce. Czy ty również Masayoshi?

Masayoshi Fujita: Tak. Występowałem już w Polsce i muszę przyznać, że ludzie są tu mocno zainteresowani muzyką eksperymentalną.
 
Marta Konieczna: Znacie się od kilku lat, ale ja chciałabym wiedzieć jak dobrze znacie się jako muzycy.
 
MF: Znałem twórczość Jana i znałem go jako artystę jeszcze zanim się poznaliśmy. Myślę, że było to w 2009 roku.

MK: Więc kiedy gracie, wyczuwacie jakiś rodzaj chemii? Czy potraficie przewidzieć, co drugi zamierza zagrać, kiedy występujecie razem?
 
Jan Jelinek: Trudno powiedzieć. Ostatnio nie gramy nazbyt często. Niemniej, myślę, że wiem i potrafię przewidzieć, co zagra Masayoshi. Lubię w nim to, że stwarza dla mnie dużo miejsca. Zajmuję się głównie tworzeniem tekstur, które są gęste i potrzebują przestrzeni dlatego to dla mnie ważne. Właściwie to wiem, czego mogę od niego oczekiwać i lubię z nim grać [śmiech].

MF: A ja z tobą [śmiech]. Kiedy gram, raczej reaguję na dźwięki Jana. Czasem generuję ich przez to mniej bo mocno się wsłuchuję. Czuję, że mam dużo czasu i nie muszę się spieszyć. To pewien rodzaj improwizacji choć trochę inny niż ta jazzowa. Potrzebuję więcej czasu, aby zareagować. Jan nie zmienia swoich partii gwałtownie więc mam czas na namysł.
 
JJ: Nasze granie opiera się głównie na długiej progresji.

PW: Czy przygotowujecie się osobno przed koncertem?

JJ: W pewnym sensie tak. Dziś mamy do zagrania jeden utwór, a poza tym będziemy improwizować.

MK: Ale jak wspominaliście, nie jest to improwizacja w sensie muzyki jazzowej, prawda? Czym się ona różni?

MF: W pewnym sensie jest ona podobna, ale nie gramy dźwięków tonalnych, akordów czy skal. Jesteśmy zainteresowani bardziej abstrakcyjnymi dźwiękami więc nie muszę przejmować się graniem odpowiednich akordów.

PW: Więc skupiacie się raczej na samym dźwięku i jego brzmieniu.

MF: Tak. Mam też trochę inne podejście do wibrafonu niż większość. Jest to instrument strojony, który ma pewne klawisze i nuty, ale ja używam go by grać atonalne rzeczy. To inne podejście do tego instrumentu.

MK: Mówiąc o instrumentach. Masayoshi, ty preparujesz swój natomiast, ty, Jan, manipulujesz dźwiękiem cyfrowo. Wydaje się, że szukacie innego rodzaju dźwięku i zastanawiam się jak te dwa, inne podejścia się od siebie różnią?

MF: Właściwie też używam efektów cyfrowych. Używam bardzo prostego setupu, który składa się z reverbu i delayu. Używam ich do tworzenia tekstur lub cięcia dźwięków i zapętlania ich w celu niewielkiej dekonstrukcji. Uważam, że te tekstury i dźwięki są bardzo interesujące. Robimy podobne rzeczy. Istnieje wiele różnych sposobów gry na wibrafonie. Ja próbuję tworzyć różne dźwięki grając czasem powoli i bardziej delikatnie. Interesuje mnie coś pomiędzy harmonią i melodią.

MK: Czy to poszukiwanie różnych dźwięków wywodzi się z czystej ciekawości czy chcecie raczej zbadać granice możliwości waszych instrumentów?

JJ: Nie określiłbym tego tak naukowo mówiąc szczerze. Nie próbuję stworzyć nowych, nigdy wcześniej niesłyszanych dźwięków. Nie jestem aż tak ambitny w tej kwestii. Chodzi mi bardziej o tworzenie tekstur, które mają jakiś wspólny pierwiastek i podsuwają mi nowe pomysły. W muzyce interesuję mnie możliwość tworzenia dzieła od postaw. Dopiero w trakcie zaczynam wyobrażać sobie różne rozwiązania. Ale to nie tak, że dążę do osiągnięcia coraz bardziej współczesnego brzmienia i sound designu. Nie mam tego na myśli, kiedy pracuję.

PW: Czy istnieje jakiś powód z racji którego przestałeś wykorzystywać loopy perkusyjne i beaty jako Jan Jelinek? Wiem, że nadal je wykorzystujesz pracując pod innymi aliasami, ale na ostatnich kilku albumach pod twoich nazwiskiem nie mamy okazji ich doświadczyć. Czy masz zupełnie inne pomysły, kiedy pracujesz pod innym aliasem?

JJ: O tak, zdecydowanie. Aliasy zawsze dają ci szansę dotarcia do innej publiczności i konfrontacji jej z różnymi pomysłami. To przyszło naturalnie. Stopniowo odsuwałem się od kontekstu muzyki klubowej, która opiera się w dużym stopniu na basie. Moje ostatnie dwa albumy, które zrobiłem pod moim prawdziwym nazwiskiem nie mają beatów, to same tekstury. Właściwie wciąż lubię muzykę klubową, chociaż nie wiem, co się w tym świecie dzieje. Dziesięć czy piętnaście lat temu zdecydowałem, że inni ludzie robią to lepiej ode mnie. Wtedy zacząłem słuchać innego rodzaju muzyki i przestałem się interesować muzyką klubową.

MK: Czy to nadal były gatunki ze sfery muzyki elektronicznej?

JJ: Słucham naprawdę przeróżnej muzyki.

PW: A jak często słuchacie muzyki? Czy robicie to dla przyjemności czy może inspiracji?

MF: Słucham muzyki codziennie, ale nie w celu znalezienia inspiracji. Jeśli chodzi o moje solowe dzieła, inspirację czerpię z brzmienia wibrafonu. Kiedy gram, staram się wyłapać ciekawe harmonie i melodie, które potem wykorzystuję komponując utwór. Być może inspirują mnie również inne rzeczy takie jak sztuka, wspomnienia czy nawet muzyka, ale nie szukam w nich inspiracji świadomie.

JJ:
Mam podobnie. Często słucham muzyki, ale nie robię tego dla inspiracji. Nie można jednak zaprzeczyć, że muzyka jest inspirująca.

PW: W jaki sposób rozwój technologii i software'u wpływa na wasz proces produkcji i komponowania? Czy korzystacie z nowych funkcji i śledzicie nowości? A może trzymacie się raczej waszych sprawdzonych setupów i metod.

JJ: Właściwie nie pracuję tak dużo z softwarem. Co zabawne, w tym roku wróciłem do pracy z nim, ale przez ostatnie 10 lat wykorzystywałem komputer głównie do nagrywania ścieżek audio. Sam powrót nastąpił z bardzo banalnych powodów. Musiałem kupić nowy komputer i wszystko zaktualizować więc zacząłem interesować się oprogramowaniem. I to nie tak, że nigdy wcześniej się tym nie interesowałem. Zawsze śledziłem to, co robili moi koledzy i koleżanki, ale uważałem, że mogę to osiągnąć z pomocą hardware'u.

PW: W jaki sposób zdobyłeś więc sample wokalne na swój ostatni album?

JJ:
Oczywiście pracowałem z komputerem w celu edycji dźwięków, ale modulowałem je za pomocą analogów.

MK: Czy to właśnie dlatego możemy natknąć się na określenie organiczny (organic) w recenzjach twojej muzyki?

JJ:
Nie użyłbym tego słowa. Nigdy nie rozumiałem, co ludzie mają na myśli używając go. Trzy lata temu spędziłem trochę czasu w Los Angeles i słowo organiczny (organic) było dosłownie wszędzie! Widziałem nawet organiczną myjnię samochodową. Znienawidziłem wtedy to określenie. Wszystko, co kupiłeś było organiczne. Właściwie to już marka. Sprzęt, którego używam jest w dużej mierze cyfrowy i w zasadzie brzmi bardziej cyfrowo niż komputer. Nie rozdzielałbym tak bardzo komputerów i analogów. Nigdy nie rozumiałem ludzi używających słowa organiczny w celu opisywania muzyki.

MK: Co interesuje was nawzajem w swoich kulturach?

JJ: Łatwo mi odpowiedzieć na to pytanie ponieważ Japonia jest nadal bardzo egzotyczna dla człowieka z Europy. Społeczeństwo funkcjonuje tam zupełnie inaczej, co jest bardzo atrakcyjne dla turystów. Tym, co niezmiernie cenię w kulturze Japonii jest podejście do estetyki. W Japonii wszystko odznacza się wysoką estetyką. Nawet muzyka w supermarketach! Czasem to może być lekko surrealistyczne bo wszystko jest jakby nazbyt wyszukane, ale z drugiej strony jest to niezwykle interesujące. Poza tym, lubię kulturę Japonii ponieważ nie stygmatyzuje ona osób nieśmiałych, a za taką się właśnie uważam. Zawsze czuję się tam swobodnie będąc nieśmiałym. Za to w Europie jest to raczej pejoratywna cecha.

MF:
Nie zdawałem sobie sprawy, że nieśmiałość jest uznawana za coś negatywnego. Jeśli chodzi o surrealizm, wiem co Jan ma na myśli. Czasem słyszysz o ludziach podróżujących do Japonii w poszukiwaniu zabawnych rzeczy, w tym muzyki. Tak, to zdecydowanie cecha japońskiej kultury. Od dawna fascynuje nas obca kultura i staramy się wytworzyć podobne rzeczy. Czasem stworzyć naszą własną wersję. Dzieje się tak nawet z buddyzmem, jedzeniem czy samochodami. Jeśli chodzi o kulturę europejską... Ciężko coś na ten temat powiedzieć ponieważ jest ona bardzo obecna w Japonii. Kupujemy wiele zachodnich rzeczy. Natomiast życie w Europie... tu wszystko jest zupełnie inne.

PW: Jan, na Twojej EP-ce Zwischen możemy znaleźć pytanie do Lady Gagi, w pewnym wywiadzie powiedziałeś, że Twój syn słucha Kendricka Lamara. Jakie jest Twoje podejście do popkultury?

JJ:
Powiedziałem to w wywiadzie? Tak prywatne rzeczy! (śmiech) Lubię kulturę popularną, zdecydowanie. Słucham mnóstwo popu, szczególnie, gdy jadę autem. Pochodzę z popkultury, byłem nią otoczony dorastając.

MF:
Ja również, też słucham popu. Tego japońskiego, ponieważ europejski czy amerykański aż tak mnie nie kręci, chyba, że ten starszy. Pop jest interesujący, ale nie śledzę przemysłu kultury popularnej.

MK: Skoro wspomnieliśmy już o Zwischen oraz mając w głowie pytanie, które pada tam w stronę Johna Cage’a – Jan, Masayoshi, poproszono nas aby zadawać Wam następujące pytanie: gdzie zmierzacie?

MF:
(mamrocze)

JJ:
Może odpowiesz jak John Cage? (śmiech)

MF: Pamiętam jak powiedział, że nie lubi dźwięku wibrafonu… Powiedział, że brzmi jak smog w San Fransico.

MK: Następne pytanie będzie o duchach. Jan, krytyk Mark Fisher połączył jeden z Twoich projektów – G.E.S. – z tak zwaną widmontologią (hauntology). Jestem ciekawa, czy rzeczywiście gdy nagrywałeś tę muzykę było jakieś widmo, które Cię nawiedzało?

JJ: Nie, niezbyt. Nie skupiałem się aż tak na estetyce, takiej jak ta cała nostalgia czy cokolwiek. Właściwie tym, co popychało mnie bardziej były kwestie prawa autorskiego. Dla mediów muszę wspomnieć, że zamysł G.E.S. polegał na tym, by umiejscowić urządzenia audio w przestrzeni publicznej, aby zebrać nagrania terenowe, później zsamplować je w muzykę, którą chciałem stworzyć. Pomyślałem, że to dobry pomysł, ponieważ wcześniej prawie mnie pozwano właśnie z powodów praw autorskich. Odtąd na moim ramieniu był zawsze taki ,,policjant’’, który kontrolował mnie i pytał czy dany sampel jest wciąż rozpoznawalny. A ja chciałem się tego pozbyć, wyemancypować się, wrócić do stanu, gdy zaczynałem robić muzykę na bazie sampli. Dlatego wpadłem na pomysł, aby samplować w przestrzeni publicznej, choć to wciąż nielegalne. Ale było to w pewnym sensie iluzją, halucynacją. Do tego pomocną, ponieważ ukończywszy album czułem ulgę – w porządku, nic się nie stało, znów mogę samplować. Sample były tak oczywiste i rozpoznawalne (większość z muzyki klasycznej, jak Debussy). Wciąż zastanawiam się jak to możliwe, że nikt nie zapukał w ich sprawie do moich drzwi...

MK: Czyli z widmontologią (hauntology) niezbyt Ci po drodze?

JJ:
Był to temat omawiany również Niemczech. Jednak nie czuję się z tym związany (connected). Rozumiem ten termin, uważam, że Fisher dobrze przekuł koncept Derridy na muzyczny grunt, ale nie miałem i wciąż nie mam go w głowie, gdy robię muzykę.

MK: A Twoje zjawy Masayoshi? Jak dobrze słyszałam, w Japonii wierzy się, że każdy obiekt zamieszkiwany jest przez jakiegoś ducha. Który z nich jest w Twoim instrumencie?

MF:
Ah, po prostu wibrafon. Animizm jest istotnie podstawą dla myślenia ludzi w Japonii, a przynajmniej dla mnie. Słyszałem wiele historyjek i bajek jako dziecko o tym, że gdy coś się marnuje, na przykład jedzenie, to jego duch przychodzi do ciebie w nocy. Podoba mi się ten pomysł.

PW: A czy zdarzyło się, że powstrzymał Cię on przed robieniem czegoś? Ponieważ bałeś się, że duch przyjdzie do Ciebie?

MF:
Tak, oczywiście! (śmiech). To zabawne, w mojej rodzinie, gdy musimy coś wyrzucić, to mówimy ,,przepraszam’’. Dosłownie, mówimy to na głos, ponieważ jest nam przykro. Ja i moja żona nie postrzegamy jedzenia jako obiekt albo jako materiał, ale jako życie, które dla nas zginęło, które zabiliśmy. Dla nas to naturalny sposób myślenia. Nawet ten stół (puka w niego) czy ta woda mają swojego ducha. Mówi się, że na świecie są miliony bożków. Marnowanie czegoś, jest dla danego z nich obrazą. A wibrafon – on ma swojego własnego bożka.

rozmawiali: Marta Konieczna i Patryk Wojciechowski
Language:

ENG | PL


Rozmawiali:

Marta Konieczna & Patryk Wojciechowski