Wywiad — WE WILL FAIL

Wywiady

W ramach tegorocznej edycji Unsound Festivalu odbywającego się 7-15 października w Krakowie porozmawiałam z Aleksandrą Grünholz, artystką audiowizualną tworzącą pod pseudonimem We Will Fail. Poruszyłyśmy kwestię łączenia obrazu z dźwiękiem oraz osobistego pojmowania i definiowania sztuki. Zapraszam do lektury!

 


 

 

P: Jesteś artystką dźwiękową, ale integralną część Twojej twórczości stanowi identyfikacja wizualna, której również jesteś autorką. Posługując się obrazem i dźwiękiem charakter widowiska czy ogólnego konceptu albumu ma stać się bardziej wyrazisty,  ulec spotęgowaniu? 

 

AG: Wydaje mi się, że obraz może trochę naginać charakter dźwięku. Często komponuję utwory bardzo chłodne w odbiorze. Słyszałam, że moja muzyka bywa mocno odhumanizowana. Mam nadzieję, że strona wizualna nadaje jej trochę ciepła. Jak zaczynałam myśleć o stronie wizualnej dla We will fail to chciałam trochę odejść z szufladki muzyka eksperymentalna zestawiona z technicznym, minimalnym projektowaniem.

Na czym polega to zjawisko synergii?

 

Jeśli chodzi o sytuację koncertową. Początkowo chciałam, by pełna uwaga skupiona była na dźwięku. Zależy mi na koncentracji i na tym by można sobie było odpłynąć z zamkniętymi oczami.

 

Zaczynam się przełamywać – większa ilość bodźców sprawia, że można się bardziej zanurzyć w doświadczanie tu i teraz.

Co to za bodźce?

 

Koncert to nie tylko dźwięk. Ważne jest miejsce, czas i ludzie. Obraz połączony z dźwiękiem może wciągnąć znacznie bardziej.

A co różni bliskie Ci środki wyrazu? 

 

Dźwięk rozgrywa się w czasie, obraz to komunikat innego rodzaju, można opowiedzieć kilka rzeczy w tym samym czasie. Dźwięk ma konstrukcję linearną, no a obraz – tu znów różnica miedzy obrazem statycznym i dynamicznym. Miewasz może takie momenty zagapienia się na jakiś obraz? Niby jest statyczny ale historia w nim zawarta jest tak gęsta, że masz wrażenie ruchu?

Zdecydowanie tak! Na myśl od razu przyszedł mi Fangor - ilekroć spojrzę, jego dzieła zawsze wirują, wchłaniając mnie w siebie, radykalnie mnie w siebie wsysając. A co musi mieć w sobie muzyka, by bezpowrotnie wciągnęła słuchacza w jej otchłań? 

 

Naprawdę nie mam pojęcia. Każdy odbiorca ma inną, właściwą sobie wrażliwość i zupełnie inne rzeczy na niego działają. 

Jak wygląda relacja między tymi dziedzinami sztuki w Twoim przypadku - między obrazem a dźwiękiem?

 

Przede wszystkim sama nie myślę o tym, co robię jako o sztuce. Chyba w ogóle nie lubię słowa „sztuka”, jest dla mnie za duże. Wydaje mi się, że jeśli już zaczynamy rozmawiać i o dźwięku i obrazie, które mają się wydarzać w tym samym czasie, to nie ma sensu tych dwóch części rozdzielać.

Zatem w jaki sposób myślisz o tym, co robisz? Czym jest dla Ciebie Twoja twórczość? 

 

Znowu trudne pytanie. Nie myślę o tym co robię jako o twórczości. To po prostu coś co robię, coś co się wydarza. 

 

Mam wrażenie, że większą część dnia spędzam przerzucając gruz w kopalni (choć w rzeczywistości tylko macham kursorem). 

 

Powiedzmy, że działania, które wychodzą poza taką aktywność (czyli nie są po prostu pracą zarobkową) są odpoczynkiem, ucieczką czy antidotum na XXI w.

Pozwolę sobie wrócić do początku. Przemyślenia krytyków okazują się zupełnie sprzeczne z moimi. Ja zawsze uważałam, że w Twojej muzyce bardzo wyraźny jest pierwiastek ludzki - buntujący się i jednocześnie intensywnie poszukujący. Zastanawiam się czy gdybyś miała możliwość swą muzykę spersonifikować, jaką przyjęłaby postać?

 

 

No nie wiem. Zostawmy muzykę muzyką. I tak za dużo jest już człowieka na świecie.  

Rozmawia:

Karolina Kobielusz