Ze współczechą do ludzi – wywiad z Łukaszem Pawlakiem i Dariuszem Przybylskim

SŁOWAWywiady

Płyty zapełniają praktycznie cały bagażnik, jeśli nie liczyć fotelików dla dzieci. Niektóre szczelnie zamknięte w metalowych skrzynkach, niektóre już prawie wysypujące się z torby z nadrukiem jazzowej Masady. Gdzieś fruwa rafia? To przecież Requiem Records, a więc po aspekcie wizualnym wiezionych przez właściciela, Łukasza Pawlaka, płyt można spodziewać się chyba wszystkiego. I najlepszego. Do tego zamieszania dodajmy jeszcze Dariusza Przybylskiego, kompozytora i organistę, kuratora wydawnictw Opus Series, a stworzy nam się świetny duet do rozmawiania o niezależności w muzyce. Chwilę przed wywiadem panowie wygłosili na ten temat nawet pewnego rodzaju prelekcję. I choć była to konferencja naukowa, zapomnijcie o czytaniu z kartki znad zielonej, egzaminowej zasłony. Rozłożono stół, na nim czarną płachtę, na niej płyty. I bez dystansu, byle bliżej być ludzi, do ludzi!

 

Zajmujecie się muzyką eksperymentalną, która pozostaje jednak na marginesie współczesnej popkultury. Czy powinna być jak najmocniej promowana, czym może właśnie dobrze zrobi jej pozostanie w tej niszy?

Dariusz Przybylski: To jest trudne pytanie. Promowanie kojarzy mi się z produktem. A sztuka? Wiadomo, wymaga pewnego rozgłosu, żeby ludzie mogli ją poznać. Ale różne rodzaje sztuki, muzyki, są mniej lub bardziej skomplikowane i nie da się zrobić tak, żeby wszyscy lubili jedno. Może i nie powinna być zbyt nagłaśniana, bo czy wykonawcy z tego kręgu, będąc bardziej rozpoznawalni, nie straciliby swojego charakteru? Mnie samemu nie zależy na tym, żeby słuchało mnie pół Polski.

Łukasz Pawlak: A ja to bym chciał być milionerem w ogóle! I to wydając eksperymentalną, współczesną muzykę. Jednak nigdy się to nie uda. Każdy artysta chce, i na to też stawiamy akcent, żeby jego twórczość szła do ludzi. Natomiast to, co oni z tym zrobią… to zrobią. Czym szerzej pójdzie, tym większa szansa, ze kogoś zainteresuje. My poruszamy się w owej niszy muzycznej i czy gromadzi ona 30, czy 400 osób, wciąż pozostaje niszą. Nigdy nie zawojujemy całego świata. Ta muzyka, w której my funkcjonujemy nie jest produktem, nie jest to użyteczna sytuacja. Ona wymaga pewnego zaangażowania, słuchania. Może nawet jakiejś wiedzy?

 

A co się dzieje, kiedy taki niezależny twórca jak Dariusz Przybylski wygrywa Fryderyka?

ŁP: Ja, wydawca, sprzedaję wtedy dwie płyty! Jeszcze podczas transmisji telewizyjnej! (śmiech)

DP: Mama się cieszy, babcia się cieszy (śmiech). Jest to rozpoznawalna nagroda, chociaż bardziej plebiscyt, nagradzany w drodze głosowania. Fryderyk to fajna promocyjna akcja, w ten sposób właśnie mi się to przydało – napisali w gazetach, zaprosili na koncerty...

 

Czy oznacza to przenikanie się pewnych środowisk w muzyce? Waszym zdaniem na polskim rynku muzyka współczesna miesza się dziś z alternatywą?

DP: Według mnie się w ogóle się nie mieszają. Każda z tych muzyk ma swoich, osobnych odbiorców, tą współczesną widzę bardziej w środowisku klasycznym. To dlatego też Requiem jest fajne, że to wszystko łączy. I właśnie ta muzyka współczesna, poważna może trafić do innej grupy i vice versa. Bo już teraz się wszystko miesza tak naprawdę, to bardziej ogólne zjawisko.

ŁP: I to się dzieje! To się dzieje! Czuję, że teraz na świecie środowisko alternatywne, może nie tak w rdzeniu, ale jak gdyby myślące alternatywnie, sięga do dziedzictwa kulturowego tej muzyki. Przykłady, które przychodzą mi do głowy to Max Richter, Johan Johansson, dużo muzyki ambientowej i filmowej w ogóle. Albo jeszcze Paweł Janas. Muzyk wykształcony akademicko, ale swój instrument, akordeon, przetwarza eksperymentalnie, zapętla. Do tego beaty podpadające pod jakiś hip-hop, groove’y z gardła i do tego dograną klasykę. Też wydałem teraz jego płytę solową. I ja czuję, że to się wymiesza za ileś pokoleń, bo żyjemy w czasie remiksu.

 

I to wciąż nie jest pomieszanie z alternatywą?

ŁP: Nie nazwałbym tego tak. To jest moim zdaniem temat otwarty, sytuacja, która się otwiera.

DP: To elementy muzyki rozrywkowej, a pomieszane z tym klasycznym instrumentem daje po prostu dosyć oryginalne efekty.

 

A elektronika? Odnoszę wrażenie, że ta powstająca współcześnie odnalazłaby wspólny język ze swoim akademickim przodkiem z lat 50. i 60.

ŁP: Tak! Za elektroniką idzie technologia. Jest ona wokół nas i siłą rzeczy wschodzi w różne aspekty życia, tak samo w muzykę. Czuję, że za parę pokoleń, to będzie jedność. Tak, jak przypuszczam, że niedługo będzie się uczyć o Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia. Będą kierunki na akademiach, czy uniwersytetach poświęcone muzyce elektronicznej, która ma swój trzon, okej, w środowisku akademickim, ale potem „wymieliła się” przez najróżniejsze sceny muzyczne.

 

Mówiąc o zmianach, jak przeobraził się charakter Opus Series?

ŁP: Uporządkowałem katalog na stronie, który mógł być mylący, szczególnie dla osoby, która wchodziła na stronę pierwszy raz. Postanowiłem, że grubą krechą oddzielamy i budujemy Opusa na nowo – jako autonomiczne, regularne wydawnictwo z własnymi podseriami, działające obok Requiem.

DP: Taką podserią jest np. Elk, czyli muzyka, powiedzmy, że do końca XIX w. Bo reszta to w założeniu muzyka XX i XXI wieku z naciskiem na muzykę współczesną. To tak w skrócie, podzieliliśmy, rozdzieliliśmy, żeby wydawnictwa miały jakąś taką swoją charakterystykę. Zaczęliśmy od wykonawców, których znałem i którzy chcieli akurat 5 lat temu wydać płytę. I tak się złożyło 5 wydawnictw, bardzo różnych. A premiera Opus miała miejsce w muzeum Polin. To było atrakcyjne wydarzenie, bo stanowiło cały blok. Panel dyskusyjny, potem koncerty w różnych przestrzeniach tego miejsca.

 

Zmiany dotyczą też miejsca Waszej siedziby – przenieśliście się na Krakowskie Przedmieście. Jakie plany się z tym wiążą?

ŁP: Przede wszystkim scena. Zamknięte koncerty dla 21 osób, bo tyle kupiłem krzeseł. Właściwie nie koncerty, a wieczory z artystą. Będą się nazywały „Zawieje”, jakkolwiek to interpretować. Na przykład przychodzi Darek, gra koncert, potem jest wino, jakiś poczęstunek, streaming do internetu swoja drogą, aż wreszcie płyta. Którą będzie można wziąć od razu po koncercie – to plan, nad którym jeszcze pracuję, potrzebowałbym odpowiedniej wypalarki. Płyty byłyby zapakowane w kolekcjonerskie opakowania, z autografami, pieczątkami, taki wręcz glejt. I jak artysta się zgodzi, to ludzie z tym wyjdą. Poprzez ilość możliwych odbiorców, związaną ze specyfiką miejsca, nie będzie to „koncert” zupełnie otwarty. Pierwsze takie wydarzenie, premiera Stabat Mater Ignacego Saneckiego, 29-go listopada, choć całość oficjalnie ruszy w styczniu. Sprawdzimy czy 21 osób nie udusi się w tym pokoju…

DP: I czy się pomieszczą…

ŁP: Taki urok tego miejsca. Poza tym, uruchomiłem tam też regularny sklep. Stało się to więc swoistym miejscem od A do Z dwóch wydawnictw: Requiem i Opus. A w planach oprócz tego ciąg płyt, nowe tematy, dziennie po 60 maili, każdy z czymś. Ja już nie ogarniam, pracy mam naprawdę na cały etat. Chciałbym, żeby ktoś pomógł nam z promocją i sprzedażą płyt za granicą. Plus, nie radzę sobie z formalnościami, nienawidzę tego. Ja to lubię, o to (pokazuje gestem ręki całą naszą trójkę). Lub kiedy mogę spotkać się z muzykami, to jest moja przestrzeń.

 

ROZMAWIAŁA:

Marta Konieczna