Unsound 2021 – (foto)relacja

W tym roku festiwal Unsound relacjonowałyśmy i uwiecznialiśmy dla Was dzień po dniu. Dziś już w jednym miejscu publikujemy zebrane wrażenia: te słowne Martyny Basty i Marty Koniecznej oraz te fotograficzne Michała Malińskiego. Poniższą relację budujemy więc z chwil, strzępków wspomnień i odczuć. Tak właśnie zapamiętamy tę edycję, która po intermisji wrzuciła nas ponownie w krakowskie festiwalowe tryby. Co zatem szczególnie zapadło nam w pamięć?

– środa –

Marta Konieczna: Zachwycił mnie zwłaszcza występ Bendika Giske – szczerość w zupełnie prostych środkach wyrazu. Wirujące multifony saksofonu powstałe w wyniku „techniki oddechu cyrkulacyjnego” (ciekawe!) tworzyły mieniące się strzępki melodii.

Martyna Basta: Współodczuwam zachwyt! Medytacyjny set Flory Yin-Wong stał się idealnym preludium do pogłębionego odbioru doświadczeń słuchowych, bo to właśnie wybrzmiewające detale w występie Giskego – delikatne uderzenia palcami o klapy saksofonu czy ekstatyczne, wibrujące zadęcia – sprawiły mi dreszcze.

MK: Muszę jednak przyznać, że w miejsce zachwytu szybko wkradła się nuda. W występie Norwega zabrakło mi zróżnicowania, a jednocześnie nie było mowy o minimalistycznym transie – który sprawdziłby się, gdyby nie dzielenie (choćby brawami) koncertu na utwory. Element transowości przemycili za to OFF LICENSE

MB: Faktycznie, był moment, w którym chociażby rozmowy stały się dla mnie równie głośne co wolumen saksofonu, a nie dało się ich uniknąć stojąc na samym końcu sali. Zamarzyłam wtedy, by choć na moment doświadczyć absolutnej ciszy, bo wyobraziłam sobie, jak przerywa ją piorunujące brzmienie instrumentu i była to całkiem przyjemna wizja. Przejście pod scenę bliżej dźwięków OFF LICENSE było natomiast doskonałą decyzją, szczególnie dla ciała.

MK: Dla mnie ten występ oznaczał przede wszystkim przyjemny masaż niskimi częstotliwościami (przyznam, że znaczą część spędziłam odpoczywając w pozycji leżącej). Rytmiczność i wysyp noise’u, półrecytacja od monotonii aż po naładowanie emocjami. Może nie nazwałabym tego materiału kontrastowym, ale z pewnością wykorzystywał różne pierwiastki.

– czwartek –

MK: Wspominając wczorajszy dzień naturalnie pierwszym, co przychodzi mi na myśl jest incydent z alarmem przeciwpożarowym podczas występu Eartheater i Phoenix Ensemble. Nie widzę jednak sensu dłużej się przy tym zatrzymywać – prosimy po prostu, nie palcie fajek w miejscach do tego nieprzeznaczonych! Muzyczkom (nowojorskiej i krakowskim) o wiele krócej zajęło wrócenie do koncertowej formy, niż spanikowanej mnie.

MB: Całkiem paradoksalne stało się dla mnie, że Eartheater – zdaje mi się znanej jednak głównie z mocnych, rytmicznych brzmień – tym razem w akustycznej odsłonie dosłownie przyszło walczyć z hałasem powietrza. Artystka wybrnęła jednak z tej dosyć niewygodnej sytuacji wzorowo, poświęcając ten dłużący się czas na kontakt z publicznością. I choć wydaje mi się, że w jej występ momentami wkradało się zmęczenie, to jednocześnie te delikatne niedociągnięcia ostatecznie nadawały całości dodatkowego smaku.

MK: A przecież dzień ten zaczął się tak spokojnie! Przedpołudniowe Morning Glory 1 ٩(ˊ〇ˋ)و w Synagodze było czasem na immersję w dźwięk i powolną jego kontemplację. Metaperkusyjna instalacja Riccarda La Foresty wybrzmiewała niezbyt kojącym, ale statecznym, jakby dronem powstałym w wyniku rozwibrowania werbli strumieniem powietrza. Tłumaczy to dość dęte brzmienie.

MB: Gdyby nie obowiązki i inne zmartwienia, to z pewnością dłużej pozostałabym w tym wibrującym transie. Przyznam, że dla mnie brzmienia wykreowane przez Forestę stały się doświadczeniem silnie kojącym. Choć całość instalacji opierała się na wykorzystaniu jednego dźwięku (wybrzmiewającego w różnych oktawach), a jej podstawą stała się powtarzalność dosłownie wymierzana przez czas (każdy z werblów wyposażony został w timer odliczający dokładnie dwadzieścia sekund trwania dźwięku, jak i następujące po nim dokładnie tyle samo jego braku), to nie było mowy o monotonii. Najciekawszy w tym doświadczeniu był dla mnie osiągnięty wewnętrzny balans pomiędzy wślizgnięciem się całym ciałem w płynność dźwięku, a jednoczesnym skupieniem i świadomym przeżywaniem każdej najdrobniejszej zmiany. Moje powieki były zarazem szczelnie przymknięte, a oczy szeroko otwarte.

MK: Natomiast, powracając prędko na Nową Hutę i wydarzenie Interface (งᓀ‸ᓂ), pamiętajmy o pierwszym koncercie w Teatrze Łaźnia Nowa, podczas którego na scenie spotkali się polskie trio Bastarda i Jrpjej z Rosji. Przyznam, że potrzebowałam chwili, by wczuć się w tę muzykę. Ale kiedy tylko się wczułam… Porywczy rytm i zupełnie nieradosne melodie zabarwione specyficzną, wschodnią melodyką (Jrpej czerpie inspiracje z muzyki czerkieskiej) stanowiły nieznane mi jeszcze, ale jakże pociągające połączenie.

MB: Mnie również ciężko było się wczuć w dźwięki Bastardy i osobiście wydaje mi się, że ich koncert mógł wybrzmieć znacznie lepiej w bardziej kameralnej przestrzeni, jak chociażby niezwykłe wnętrze Synagogi Tempel. Żałuję mojego braku skupienia, bo mam przeczucie, że ominęło mnie coś wyjątkowego… Na szczęście moje smutki zostały szybko rozwiane podczas kolejnych doświadczeń tego wieczoru.

Podczas seta Chippy Nonstop, fot. MM

MK: Jego taneczna odsłona, czyli Firewall └[∵┌]└[ ∵ ]┘[┐∵]┘w Nowej Rezydencji to przede wszystkim bardzo gęste i absorbujące dźwięki. Szybkie spojrzenie w program daje mi pewność, że ich intensywność tylko rosła…

MB: To z pewnością! Przedostatni set w wykonaniu Chippy Nonstop nie pozwalał na moment wytchnienia. Zdarzyły się momenty w których byłam przekonana, że nie można już chyba osiągnąć większego napięcia, ale nieustannie było to podważane. Z tej nocy na pewno zapamiętam też koncert bbymuthy, którza absolutnie ujęła mnie swoją dziką, sceniczną energią. A był to również po prostu moment w którym dokładnie tego potrzebowałam.

– piątek –

MK: Jak na razie mam już swój ulubiony występ. Druga odsłona Morning Glory ٩(ˊ〇ˋ)و w Synagodze z udziałem Antoniny Nowackiej i Sofie Birch współbrzmiała w idealnym konsonansie z rozświetlonymi, barwnymi ornamentami witraży świątyni. Ambientowo-fieldowe pejzaże Birch wraz z subtelnym wokalizami Nowackiej emanowały jakąś radością i spokojem. Po prostu wzruszyły mnie.

MB: Być może ten poranek był wyjątkowym momentem wzmożonej wrażliwości, ale naprawdę musiałam przygryźć język sporą ilość razy, bo w oczach nieustannie stawały mi gęste łzy. Wzruszenie podczas koncertu zawsze ma dla mnie ogromną wartość i sprawia, że jeszcze przez długi czas noszę w sobie wspomnienie jego aury. A ta, wytworzona wczoraj przez obydwie muzyczki, wprowadziła mnie w stan absolutnego uniesienia. Rytmiczne kołysanie się Birch nad syntezatorem i delikatnie tańczące dłonie Nowackiej ujęły mnie po stokroć. I przyznam, że z radością zobaczyłabym w programie festiwalu więcej tego typu porannych glorii, bo zdają się doskonale balansować wnętrze po intensywnych doznaniach basowych zeszłych nocy.

MK: Niestety brak zdolności bilokacji nie pozwolił mi do końca uczestniczyć w późniejszym koncercie w ICE. Udało mi się wysłuchać występu Aleksandry Słyż – już mojego trzeciego w tym sezonie – prezentującego nowy materiał kompozytorki. Tym razem wybrany przez nią do transowego przeobrażenia dron był o wiele dosadniejszy, spiętrzony i zgryźliwy. Bardzo podobały mi się też wizualizacje Maksa Posio, które towarzyszą muzyce Oli nie od dziś. Tego wieczoru kipiały od celowego erroru i nierenderowalnej estetyki.

MB: Podobnie rzecz miała się w trakcie setu Juliana Ploskiego podczas HOLD ON FOR DEAR LIFE (✖_✖,któremu towarzyszyły wizuale artysty z tą różnicą, że error zamieniłabym tu na intencję, a estetykę sprowadziła do pojęcia nadmiaru. I mam na myśli niekoniecznie natłok związany z ilością bodźców, a raczej ich jakością i pewnego rodzaju intensywność zawartą w kreowanych przez niego animacjach. Za ich pomocą artysta zdaje się otwierać przed nami swój potargany notatnik, zapełniony po brzegi dusznymi myślami. Nas wprowadza tym samym w poczucie niewygody, którą jedynie podbija kontrast pomiędzy delikatną melodią fletu, a intensywnymi uderzeniami basu nieustannie przeplatającymi się w jego kompozycjach. 

Podczas występu Danny’ego L Harle’a i Sama Rolfesa, fot. MM

MK: Zdecydowanie! A cała reszta wieczoru w Hype Parku to oczywiście historia spotkań, towarzyskości, zabawy, radości po offlajnowej rozłące. Z całej feerii wrażeń najbardziej, chciałabym pochwalić zwłaszcza b2b TSVI i Object Blue – doskonałe zgranie i bas, od którego dosłownie drżały mi płatki nosa. Przepotężna energia MC YallahScotcha Rolexa i Lorda Spikehearta, poszatkowane i kolorowe show Danny’ego L Harle’a i Sama Rolfesa, domknięcie imprezy z prawdziwym przytupem w wykonaniu Phatraxa… Co za wieczór, co za noc. I pomyśleć, że wszystko to rozpoczęła nasza Karolina Kobielusz aka Hermeneia.

Hermeneia, fot. MM

– sobota –

MB: Transmisja z setem Gianta Clawa rozpoczynająca sobotnie Domain (╯°□°)╯︵ ┻━┻ była całkiem dobrą rozgrzewką tuż przed wejściem na salę Angel Bat Dawid, ale jej (dosłowny!) blask ostatecznie w moim odczuciu przyćmił muzyka i sprawił, że momentalnie zdążyłam zapomnieć o tym, co właśnie wydarzyło się na ekranie. Jej w sporej mierze improwizowany koncert był pełen zaskakujących balansów pomiędzy impresją, a ekspresją. Ujmująca charyzma i ciepło bijące od artystki nie pozwalało oderwać od niej zarówno uszu, jak i oczu.

MK: Tak, ciepło! Miałam wrażenie, że artystka otacza nas wszystkich zrozumieniem (choćby przez swoje opowieści o chwilach słabości), a jednocześnie sama tego zrozumienia „wymaga” – wyświetlane slajdy dotyczące czarnej historii nie raz przyprawiały mnie o ciarki. 

MB: Temperatura znowu wzrosła tuż po przerwie, kiedy na scenie pojawiło się trio w składzie Miłosz Pękala/Hubert Zemler/Grzegorz Tarwid. Muzycy wykonali m.in. swoje kompozycje inspirowane muzyką Krzysztofa Pendereckiego i choć referencje były dosyć subtelne, to połyskiwały w seryjnych pasażach miarowo przechodzących przez dłonie trójki wykonawców. Moją uwagę w podobnej mierze przykuły rewelacyjne wizualizacje Wiktora Podgórskiego, które swoją rytmicznością nie tylko odzwierciedlały energię wykonań, ale wzbogaciły je o kolejne iskierki.


MK: Nie mogę odżałować, że nie zdołałam zobaczyć tej części wieczoru – w tym czasie byłam już jednak w drodze do Hype Parku. NODE ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡° ) ͜ʖ ͡°) ͡ °).Otwarcie w wykonaniu Young Majli z pewnością doskonale nastrajało na resztę nocy. DJ-ka, która występowała też na tegorocznej Ephemerze została bardzo ciepło przyjęta przez uczestników_czki. Najwyższa temperatura parkietu panowała jednak bez wątpienia podczas backtobackowego występu Sherelle i RP Boo. Z kolei najpotężniejsze wrażenia zostawił we mnie koncert The Bug feat. Dis Fig, Flowdan & Manga Saint Hilare – pofabryczne ściany dosłownie drżały w posadach od basu. 


Drżenia, ale te subtelne, wrażliwe, wywołał za to pierwszy występ tego dnia, czyli Community of Grieving¯_(⩿_⪀)_/¯. Słuchowisko Zosi Hołubowskiej i Julii Giertz przygotowane na zeszłoroczną, wirtualną edycję festiwalu, mogło w końcu zaistnieć w pełnej krasie, jako prawdziwe widowisko. Składały się nań performans, muzyka, śpiew, kostiumografia, choreografia, animacje 3D… Muszę przyznać, że pod koniec bodźców było dla mnie aż za wiele. Najbardziej uwiódł mnie sam początek występu osadzony na białym śpiewie, prostej zwrotce i kostiumach pasujących jak ulał do tego ludowo-magicznego imaginarium.

– niedziela –

MB: Ostatni dzień festiwalu podczas koncertu Weavings /╲/╭( ͡°͡° ͜ʖ͡°͡°)╮/╱ otworzyły kołyszące gesty Tomoko Sauvage, japońskiej artystki wykorzystującej wodę jako niezgłębiony materiał dźwiękowy. Zamknęły go natomiast płomienie stopniowo pochłaniające pianino, na którym do samego końca swoich możliwości zagrała Martyna Zakrzewska, później pozostawiając miejsce jedynie na odgłos palącego się drewna i trzaski pękających strun. Powstała klamra stworzona z kłócących się ze sobą żywiołów.


MK: Dla mnie bez wątpienia najbardziej emocjonalny dzień festiwalu. Pół Weavings przepłakałam: mieszanka zmęczenia, niewyspania, ale też nostalgii dla innych projektów Nicolasa Jaara, a przede wszystkim po prostu pięknego koncertu. Wspomniałaś o klamarze – dostrzegłam ją również w ramach tego występu. Początek i koniec tutti, wypełniony półtoragodzinnymi spotkaniami przeważnie w duetach, pozwolił na odmalowanie bardzo wielu barw i współbrzmień. 

Zaś zamknięcie – utwór Piano burning Annea Lockwood – wzbudził we mnie wiele pytań. Było to niewątpliwie bardzo efektowne wydarzenie. Cieszę się też, że festiwal, który przyciąga widownię z przeróżnych środowisk, zaproponował im konceptualny utwór z lat 70. ubiegłego wieku. Jak to jednak z takimi kompozycjami bywa, ich wydźwięk, czy może kontekst, jest już zupełnie inny. Dziś organizatorzy_rki tłumaczyli go na zasadzie powrotu, odrodzenia, oczyszczenia. Z pewnością takie interpretacje nasuwają się same, a zgromadzenie publiczności w wielkim okręgu wokół ognia – dramatycznego żywiołu, ale i ciepła – stworzyło poczucie bliskości i wspólnego przeżywania. Z drugiej strony zastanawiam się, czy spalenie instrumentu nie zagrało dość przewrotnie w dobie świadomości ekologicznej, zero waste i redystrybucji dostępu do muzyki. W każdym razie Unsound miał w tym roku zakończenie otwarte. Refleksje i wrażenia jeszcze we mnie dogasają.

Piano burning, fot. MM

 

 

 

 

 

© PROGREFONIK 2021

 

INTERDYSCYPLINARNA PLATFORMA Z OBSZARU SZTUK DŹWIĘKOWYCH I WIZUALNYCH