Więcej wzruszeń. Sanatorium Dźwięku 2021

panel dyskusyjny Central European Network for Sonic Ecologies, fot. Martyna Basta

Powrót do Sokołowska za każdym razem łaskocze żołądek tak samo. Epicentrum ścisku odbywa się kiedy widzę zieloną tabliczkę drogową i gęste warstwy roślinności wokół w podobnie soczystym kolorze. Wychodząc z samochodu rozglądam się ostrożnie przygotowując ucho na podobną porcję doznań. I nie rozczarowuje się.

Głównym wyznacznikiem dźwiękowego spełnienia jest dla mnie wzruszenie. I być może wymowne jest, że łzy cisnęły mi się do oczu dokładnie dwukrotnie tworząc ciekłą klamrę, napływając tuż podczas pierwszego koncertu na festiwalu, jak i w trakcie jednego z ostatnich. Duet Podpora/Kohyt do tej pory znany mi jedynie z materiału nagranego dla Bocian records wraz z Michałem Jacaszkiem w składzie, zaprezentowali dźwięki o znacznie innym natężeniu. Ich koncert otwierający festiwal był jednocześnie jak zaaranżowany seans dla uszu wyczulający membranę na każdy najmniejszy detal audiosfery. Przy cichym akompaniamencie preparowanego fortepianu i kontrabasu, Katarzyna Podpora posługując się mikrofonami kontaktowymi i przedmiotami naturalnymi takimi jak kamienie czy kości, wpuściła nas w przestrzeń najlżejszych drgań i pulsacji. Transowość opartą na repetytywności rozproszonych dźwięków wspomagało płynne poruszanie się obydwu artystów pomiędzy instrumentami. Dzięki niestatycznej formule obcowania ze źródłami brzmień cały muzyczny spektakl przybrał charakter ekstatycznej formy poszukiwań. Następnie pałeczkę w procesie wyczulania przejęła Aleksandra Słyż, której kompozycja podobnie jak w utworze MGI z jej debiutanckiego albumu Human Glory (Pointless Geometry, 2020) była skupiona na długotrwałych akordach i głębokich, statycznych brzmieniach. Tak jak wcześniej wsłuchiwaliśmy się w warstwy mikrodźwięków rozłożonych na części pierwsze, teraz trwaliśmy w kojących, przedłużających się brzmieniach dosłownie wdzierających się do środka i rozlewających po ciele. Kompletnie nie zauważyłam kiedy minęło prawie czterdzieści minut i uśmiechnęłam się pod nosem, bo nie ma nic piękniejszego niż muzyka wymykającą się czasowości. I poczucie, że chciałoby się więcej.

Na szczęście podczas festiwalu były obecne obiekty, które mogłam podziwiać nieustannie i wielokrotnie. Miejscem moich częstych odwiedzin stały się instalacje dźwiękowe Tima Shawa wchodzące w skład projektu Points of Failure, w którym za pomocą przedmiotów codziennego użytku wprawianych w ruch poprzez proste mechanizmy elektroniczne artysta poddaje eksperymentowi zjawisko ruchu (będącego głównym kreatorem zapętlonych poruszeń układów) i doszukując się przypadku niejako oddaje tym samym głos zjawisku wypadkowości, co zaznacza już w samym tytule instalacji. Jego działania mają charakter ściśle efemeryczny i wybrzmiewają jedynie w czasie rzeczywistym, co mocno wzmaga ich unikatowość. Spacer dźwiękowy, który w sobotnie południe przeprowadził artysta również nie został zarejestrowany. Shaw z pełną świadomością kieruje się w swoich działaniach ku akceptacji tej wyprzedzonej utraty. W czasie ekspansywności wszelkich rodzajów rejestracji i uwiecznień tego rodzaju gest wydaje się być mocno wywrotowy, a samemu doświadczeniu słuchowemu dodaje pierwiastka celebracji.

Kompletnie nie zauważyłam kiedy minęło prawie czterdzieści minut i uśmiechnęłam się pod nosem, bo nie ma nic piękniejszego niż muzyka wymykającą się czasowości. I poczucie, że chciałoby się więcej.

Jednym z najjaśniejszych punktów programu okazał się być dla mnie Thomas Lehn, pianista i miłośnik analogowych syntezatorów. Styczność z jego twórczością była uciechą nie tylko dla ucha, ale i oka, bo podczas swojego ekspresywnego występu wykreował prawdziwie burzliwą konwersację pomiędzy dwoma wspomnianymi wcześniej instrumentami, w której delikatnie przenikliwe dźwięki fortepianu ścierały się z przejmująco wyrazistym brzmieniem modulatora, dosłownie tnącymi przestrzeń Kinoteatru Zdrowie. Być może ta wzmożona sceniczna ruchliwość była mi również potrzebna po koncercie Lubomira Grzelaka (aka Lutto Lento), który siedząc w jednym z najwyższych okien na wieży Sanatorium dr. Brehmera odtworzył swój projekt MEDIEVAL DREAMS I-XIII – cykl składający się z 13 anonimowych utworów napisanych w 1312 roku, przearanżowanych na cyfrowe instrumentarium z zapisu neumatycznego, który swoją premierę miał w czerwcu ubiegłego roku wybrzmiewając z wieży CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie. Przytoczonej ruchliwości nie zabrakło jednak w przebiegach średniowiecznych pasaży, a Sokołowsko tym wyraźniej stało się miejscem na końcu świata, gdzie współczesność splata się z zapomnieniem.

Choć dosyć wdzięczne było to, że aby posłuchać Lutto Lento nie musiałam przerywać swojego lenistwa na kocu (zdaje się, że w Sokołowsku ta czynność staje się po prostu zbyt przyjemna, co wynika również z moich obserwacji uczestniczek i uczestników, którzy często poświęcają na jej rzecz udział w wydarzeniach), to z pewnością warto było z niego zrezygnować żeby pojawić się na premierze nowego albumu Gerarda Lebika i Burkharda Beinsa zatytułowanego Alphabet of Fluctuation (Inexhaustible Editions, 2021). Wydaje mi się, że odsłuch samego albumu w żaden sposób nie jest w stanie oddać odbioru na żywo tak intensywnie rezonujących fal sinusoidalnych, stworzonych z użyciem generatora Zopan i talerza perkusyjnego potraktowanego smyczkiem. Wykonanie kompozycji odbyło się w niewielkich rozmiarów sali, z udziałem czterech głośników ustawionych w każdym z jej kątów i jednej lampki na środku pomieszczenia oświetlającej notatki muzyków, co wyraźnie wyostrzyło doznania słuchowe. W intensywnie wibrującej przestrzeni czas ponownie uległ załamaniu i niemożliwie się rozciągnął. A mi wciąż było mało.

Być może jednak wszelki niedosyt miał znaleźć ujście podczas dwunastogodzinnego seta meksykańskiego artysty dźwiękowego Mario de Vegi odbywającego się od północy do dwunastej w południe na jednym z sokołowskich wzgórz, w ruinach Zamku Friedensteina. Szczerze powiedziawszy, gdyby nie grupa, która w magiczny sposób uformowała się w pewnym momencie nocą pod Sanatorium pod przewodnictwem osób znających drogę do zamku, prawdopodobnie nigdy nie dotarłabym do niego sama. Droga wiodła kamienistym zboczem, oświetlana przez tych, którzy mieli jeszcze resztki baterii w telefonie. Po dwudziestu minutach wspinaczki naszym oczom ukazał się ogień i zgromadzeni wokół niego ludzie kołyszący się w rytm de Vegi. Mogłabym mieć zastrzeżenia do organizatorów za kompletny brak poszlak (chociażby zagrania ze mną w strzałki wyrysowane na chodniku czy drzewach), ale znowu pomyślałam sobie, że to chyba po prostu magiczne miejsce i takie rzeczy mogą stać się tylko tutaj.

Wydaje mi się, że Sokołowsko to również takie miejsce, w którym najzwyczajniej w świecie wszystko można wybaczyć. Wszelkie niedociągnięcia organizacyjne, ciągłe opóźnienia w programie, dezinformację o jego zmianach. Z pewnością sytuacji nie ułatwiły braki w budżecie (zorganizowana przez dyrektorkę artystyczną festiwalu Zuzannę Fogtt zrzutka zgromadziła niecałe 11 tysięcy z docelowego 50, co prawdopodobnie przyczyniło się również do wysokich cen karnetów). I choć w tym roku brakowało wyraźnego headlinera (jakim podczas ubiegłej edycji była Felicia Atkinson, a wcześniej chociażby nieżyjący już Peter Rehberg) to festiwal mimo wszystko obronił się tym, czym odznacza się od zawsze – zamiłowaniem do form eksperymentalnych, które pobudzają najczulsze ośrodki.

 

 

 

 

 

© PROGREFONIK 2021

 

INTERDYSCYPLINARNA PLATFORMA Z OBSZARU SZTUK DŹWIĘKOWYCH I WIZUALNYCH